niedziela, 9 lipca 2017

Dom - Mini-Miniaturka

Cześć. Wpuścisz mnie do środka? Chciałbym poznać całego ciebie, skąpanego w tych wszystkich smutkach i problemach, stworzonych w twojej głowie. Chciałbyś mnie tam? Szperałbym po wszystkich zakamarkach, chcąc poznać cię tak dogłębnie, jak jeszcze nigdy nikt. W dodatku tym razem robiłbym to od właściwej strony. Wtedy też byliśmy blisko, pamiętasz? Uroczo szeptałeś moje imię, kiedy ja poruszałem się w szybkim rytmie, z zastraszającą prędkością odchodząc od zmysłów. Chciałem ci wtedy ofiarować cały świat, wiesz? Jak to szło... Przesunąłbym góry, wysuszył oceany i rozbił niebo. To wszystko dla ciebie, ale ty nie chciałeś brać. Nie, byłeś zbyt pysznym i aroganckim stworzonkiem, by zauważyć to, że potrafiłbym dla ciebie zabić, a ty tak naprawdę potrzebujesz mnie do życia. Czy ciebie w ogóle cokolwiek obchodzi? – pytałeś, a ja wtedy wytrzeszczałem oczy. Wiedziałem, że sam jesteś ślepy, ale nie sądziłem, że blaski reflektorów i adrenalina aż tak cię przyćmiewa. Sam właściwie nie wiem, dlaczego nie dałem sobie wtedy spokoju. Może do tego czasu opuściłbyś mój umysł, duszę i, niech cię szlag trafi, serce. Dalej jak kretyn unoszę głowę, gdy słyszę twoje imię, lub mam okazję usłyszeć twój głos. Czy ja cię jeszcze cokolwiek obchodzę? Może to mną nazywasz powód swej porażki, żeby tylko sobie ulżyć. Mnie wykorzystujesz, by zamaskować te złe decyzje, które podejmowałeś za każdym razem, gdy wchodziłeś do sklepu. Ze mnie robiłeś kozła ofiarnego, by mieć jakikolwiek pretekst. Myślisz, że nie widziałem? Nagle zaczęło ci przeszkadzać, że razem śpimy, że cię dotykam, a nawet to, że na ciebie patrzę. Strach pomyśleć jak straszna była bestia, której wizję miałeś w oczach, gdy na mnie patrzyłeś. Ale przecież każdy pretekst był dobry, by wyrwać się spod naszego nadzoru i pójść sobie ulżyć. Ja naprawdę rozumiem. Zastanawiam się tylko, czy masz jakiekolwiek pojęcie jak bardzo to bolało. Czy teraz będzie lepiej? Sama świadomość tego, że tam byłeś napawa mnie optymizmem, jednak to o niczym nie musi świadczyć. Chciałbym poznać cię na nowo, choć zapewne po raz pierwszy robiłbym to naprawdę. To głupie, lecz chciałbym na nowo się w tobie zakochać, w zupełnie inny sposób, niż stało się to wtedy. Ach, tak. Kochałem cię, wiesz? Nawet gdy plułeś mi w twarz i okładałeś mnie pięściami, gdy zagradzałem ci drogę do wyjścia. Wiem, że wrócisz do domu, bo tam jest twoje miejsce, ale nie wiesz jak bardzo bym chciał cię zobaczyć, choć przez chwilę. Właśnie dzisiaj, gdy otworzysz ten nowy rozdział i staniesz znów życiu na przeciw. Chciałbym ci przy tym towarzyszyć, lecz sam się już nie zbliżę. Wycierpiałem już zbyt wiele, a ty stałeś się zbyt ślepy, by cokolwiek dostrzegać. Właśnie w ten dzień, siedzę w ciszy i rozmyślam o tobie, kiedy ty wysiadasz na przystanku pod moim domem. Po paru minutach pukasz do drzwi, a ja otwieram je zdziwiony i wzruszam się jak głupie dziecko, gdy mówisz, że twój dom jest przy mnie i pytasz, czy cię wpuszczę. Rozchylam tylko ramiona i zamykam cię w uścisku, po czym odpowiadam – Oczywiście, że cię wpuszczę, Gee. – Na co ty, jakby zmalały od swej winy mówisz – Zbudujmy nasz dom na nowo, Frankie. 


środa, 24 lutego 2016

Rozdział 34

*Gerard*  piątek, czerwiec 1995

            Czekałem już od ponad piętnastu minut pod domem jednego z kumpli Franka, powoli zaczynając się irytować. W końcu skoro prosił, bym zjawił się o danej godzinie to powinien sam się do niej dostosować. Wiedziałem jednak, że wyjście z ich prowizorycznej ‘sali prób’ nie przyjdzie mu łatwo, dlatego usiadłem na krawężniku i wyjąłem z torby notatki, by zająć się ich czytaniem. Ciężko było się skupić, jako że zewsząd do moich uszu dochodziły wszystkie dźwięki, jednak po chwili założyłem słuchawki na uszy i wszystko zlało się w muzykę. Skupiłem się na czytaniu, bo do końcowych egzaminów zostało już tylko kilka dni, a chciałem je zdać jak najlepiej. Po paru minutach jednak ktoś zaszedł mnie od tyłu, na co aż cały podskoczyłem i momentalnie wyjąłem słuchawki z uszy, po czym odwróciłem się i zobaczyłem, rzecz jasna, swojego uśmiechniętego chłopaka.

- Przepraszam, że musiałeś tyle czekać – zaczął od razu, przytulając mnie lekko. W końcu byliśmy na ulicy, a żaden z nas nie był na tyle beztroski by zaserwować spacerującym widok całujących się chłopaków.

- Wiesz, że muszę się uczyć – westchnąłem, również go obejmując i na chwilę zamykając oczy. Ostatnio nie mieliśmy dla siebie zbyt wiele czasu, więc korzystałem ile wlezie.

- Wiem, wiem... ale przyda ci się mała przerwa – uśmiechnął się i odsunął, po czym zgarnął swoją gitarę z ziemi i zarzucił ją na plecy. – Zabieram cię na lody!

Lodziarnia znajdowała się bardzo blisko domu Neila, więc droga do niej nie zajęła nam zbyt dużo czasu. Obaj wybraliśmy sobie po dwie gałki, a następnie stanąłem jak wryty, gdy Frank zapłacił za wszystko. Niby w związkach to było normalne, by facet stawiał, a że u nas nie było kobiety to zwykle płaciliśmy osobno, każdy za  siebie. Była to jednak miła odskocznia i postanowiłem że następnym razem to ja mu coś kupię. W końcu byłem starszy, więc tym bardziej powinienem to zrobić. Usiedliśmy przy jednym ze stolików na zewnątrz, będąc na tyle oddalonym od innych, by móc swobodnie pogadać. Było bardzo ciepło, a na dodatek był piątkowy wieczór, więc wszędzie było pełno ludzi.

- To jak tam ci idzie nauka?

- Jak krew z nosa – burknąłem, co nie było do końca prawdą, bo miałem już przerobiony prawie cały materiał, jednak wciąż nie czułem się zbyt pewnie.

- Kłamca - prychnął i oparł się łokciami o stół, przez co nasze twarze znalazły się bliżej siebie. - Na pewno pójdzie ci świetnie – dodał z uśmiechem i przystawił mi do buzi swojego loda. Zrobiłem to samo i obaj spróbowaliśmy innych smaków, uśmiechając się przy tym do siebie. Odebrałem to niemal jak pocałunek.

- A jak próby? – spytałem, odsuwając się lekko, jako że inni goście lodziarni zaczęli się nam przyglądać.

- W porządku – odparł z uśmiechem. – Za tydzień w sobotę wielki dzień. Trochę się stresuję.

- Hej... Nie masz czym. Dacie czadu – odparłem, samemu już nie mogąc się doczekać ich koncertu. Co jakiś czas Frank coś mi śpiewał, gdy u niego byłem, jednak nigdy jeszcze nie słyszałem jak gra cały zespół. Na dodatek musiałem przyznać, że jarał mnie fakt posiadania chłopaka, który grał w zespole muzycznym.

- Szykuje się ciekawy tydzień. W niedzielę przychodzę do ciebie i zdychamy razem.

- Zawsze do usług – uśmiechnąłem się szeroko i wstałem, jako że obaj zdążyliśmy już zjeść, a musiałem powoli wracać do domu.

Wybraliśmy totalnie okrężną drogę, włączając w to las, w którym byliśmy zupełnie sami, więc mieliśmy chwilę by się pocałować. Strasznie brakowało mi bliskości Franka przez ostatnie dni, więc pieszczota ta przeciągnęła się na kilka dobrych minut. Frank bawił się wisiorkiem na mojej szyi, uśmiechając się przy tym i jakby dziwiąc, że noszę urodzinowy prezent od niego.

- Przynosi mi szczęście – mruknąłem, a on przyłożył mi dłoń do policzka i pogładził go palcami.

- Na egzaminach też ci pomoże – uśmiechnął się i pocałował mnie raz jeszcze.

Te słowa wystarczyły, bym przez kolejne godziny zamiast przeglądać notatki zajmował się obracaniem wisiorka w palcach i przyglądaniu mu się. Totalnie nie spodziewałem się, że dostanę coś takiego od Franka, jednak bardzo spodobał mi się ten gest. Wisiorek był w kształcie podłużnej kulki, a po bokach miał skrzydła, niczym u anioła, jednak z przerzedzonymi piórami. Napis na przodzie głosił „The Fallen Angel”, zaś z tyłu, już w mniej profesjonalny sposób wyryta była mała literka „F”. Ścisnąłem go mocno w dłoni i westchnąłem cicho. Usłyszałem, że Mikey wrócił do domu, więc poszedłem do jego pokoju, a on, jak się okazało, po drodze przygotował nam obu po kubku kawy.


            Z początku gdy się o tym dowiedziałem, byłem strasznie wściekły że wszystkie egzaminy mamy w ciągu jednego tygodnia, jednak teraz, gdy był już piątek i miałem je już za sobą podobał mi się ten układ. Wychodziłem właśnie ze szkoły, luzując przy okazji krawat, gdy po drugiej stronie ulicy dostrzegłem Franka.

- Jak poszło? – spytał od razu, gdy byłem jeszcze kilka kroków od niego, a gdy tylko znalazłem się w zasięgu mocno mnie uściskał.

- Chyba dobrze...chociaż to matma – westchnąłem i odsunąłem się lekko. – A ty nie powinieneś być na próbie?

- Oj tam, spóźnię się – zaśmiał się i chwycił za wisiorek. Kiedy byliśmy sami zwykle tak dawał mi znać, żebym schylił się do pocałunku, jednak tym razem jedynie się uśmiechał. – Chciałem sprawdzić jak ci poszło.

- Mogłem ci napisać SMS’a – prychnąłem, jednak również się do niego uśmiechnąłem. – Ale to miłe, że przyszedłeś. A teraz już leć... Musisz być gotów na sobotę.

- Wiem, wiem. Odezwę się później – rzucił jeszcze i przejechał dłonią po mojej klatce piersiowej, a następnie pognał biegiem w stronę klubu, w którym mieli grać następnego dnia. Obejrzałem się za nim, a następnie wyjąłem telefon i go uruchomiłem. Dostałem kilka sms’ów od Steviego i Hugh, którzy życzyli mi powodzenia. Był tez jeden od Mikeya, z informacją że czeka na mnie w naszej ulubionej kawiarni. Porozmawiałem jeszcze przez moment z ludźmi z mojej klasy, a później dołączyłem do brata.


            W sobotę rano obudził mnie telefon, który znajdował się tuż obok mojej głowy, więc ta od razu rozbolała, gdy do uszu dobiegł głośny dźwięk. Nie patrząc nawet kto dzwoni od razu odebrałem, choć byłem niemal pewny kto się do mnie dobija.

- Tak, Frankie? – mruknąłem od razu, przecierając dłonią oczy i przekręcając się na plecy.

- Frankie? – spytał zdziwionym głosem mój ojciec, a ja od razu się przebudziłem. – Kim jest Frankie?

- To mój przyjaciel – oznajmiłem już o wiele mniej przyjemnym głosem i usiadłem na łóżku, dalej przecierając oczy, bo te bolały od panującej wokół jasności. – O co chodzi?

- Przyjaciel? Muszę go kiedyś poznać – zaśmiał się. Ta, na pewno was kiedyś zapoznam. –Dzwonię żeby spytać jak poszły egzaminy.

- Myślę że dobrze, ale wszystko się okaże jak dostanę wyniki... – odpowiedziałem, chcąc jak najszybciej zakończyć tę rozmowę. Dopiero wtedy otworzyłem szerzej oczy i aż podskoczyłem, gdy na krześle przy biurku zobaczyłem uśmiechniętego Franka. Przyłożyłem dłoń do piersi, by się uspokoić, a następnie uśmiechnąłem się i przywołałem go gestem ręki do siebie. – Coś jeszcze? Mam trochę rzeczy do zrobienia...

- Właściwie to nie. Chcę tylko przypomnieć że musisz się zjawić na przygotowaniach do chrztu za jakiś czas. – No, to wyszło szydło z worka i oznajmiło czemu mój ojczulek postanowił się odezwać.

- Dam znać – rzuciłem tylko i znów się położyłem, przyciągając Franka mocniej do swojego boku. – Cześć tato.

- Miłego dnia, Gerardzie – powiedział jeszcze i się rozłączył. Żadnych pytań odnośnie mamy, ani Mikeya, czegoż ja się spodziewałem?

- Dzień dobry – mruknąłem do Franka, odkładając telefon i obejmując go także drugą ręką.

- Nie wiem czy taki dobry – burknął jedynie i uniósł się lekko, by mnie pocałować. –Aczkolwiek to było dobre, jak pomyliłeś ojca ze mną.

- Myślałem, że nie będziesz miał czasu żeby wpaść, więc dzwonisz. Cieszę się, że jednak dałeś radę – uśmiechnąłem się i oddałem mocno pocałunek. – A dzień poza tym też będzie dobry. Ba, będzie zajebisty!

- Masz być w pierwszym rzędzie – szepnął, chowając twarz w mojej szyi, a ja zaśmiałem się cicho.

- Jasna sprawa. Z Mikeyem przepchamy się przez wszystkie wasze psycho-fanki.

Frankie prychnął i wtulił się we mnie jeszcze mocniej. Nie dziwiłem się, że jest zestresowany, jako że miało to być jego pierwsze publiczne wystąpienie. Mimo że bardzo w niego wierzyłem też trochę obawiałem się, że coś może pójść nie tak. Strasznie też chciałem zobaczyć go na scenie, jako że nie raz widziałem jak odpływa w zupełnie inny świat gdy coś tworzy, więc pewnie koncertu to wrażenie będzie jeszcze bardziej dogłębne.

Po kilkunastu minutach zeszliśmy na dół, by napić się kawy i zjeść śniadanie wraz z Mikeyem, jako że mama była w pracy. Później Frank musiał zbierać się na ostateczną próbę, więc obaj daliśmy mu solidne kopniaki, a mój brat zmuszony był ujrzeć nasz kolejny pocałunek.

Bardzo miło przyjąłem to, że tym razem jedynie się skrzywił, a nie uciekł ode mnie i nie odzywał się przez kilka miesięcy.

Do klubu poszliśmy na godzinę przed czasem, chcąc jeszcze napić się piwa, ewentualnie zgarnąć Franka, by jakoś go odstresować. Nie było nam to jednak dane, a jedyny odzew, jaki przyszedł od mojego chłopaka to krótki sms.

‘Frankie: Zaraz puszczę pawia.’

‘Frankie, spokojnie. Ludzie wyglądają na całkiem wyluzowanych. Na pewno was polubią.’

‘Frankie: Ta, jasne. Pchaj się już lepiej przez te psycho-fanki.’

Zaśmiałem się krótko i skinąłem do Mikeya, że faktycznie powinniśmy już podejść pod scenę. Co prawda nie było tam żadnych psycho-fanek, jednak chciałem mieć pewność, że będziemy w pierwszym rzędzie. Przed zespołem Franka miała zagrać jeszcze jedna kapela, która rozpoczęła występ chwilę po tym, jak znaleźliśmy sobie miejsce.

- Całkiem nieźli! – krzyknął mi do ucha Mikey, a ja jedynie pokiwałem głową. Nawet nie zwracałem na nich za bardzo uwagi, bo nie mogłem się doczekać występu Franka.

Na szczęście nie przyszło mi długo czekać, jako że zespół zagrał jeszcze dwie piosenki, a zaraz po tym na scenie pojawił się organizator i oznajmił, że zaraz będzie grać Pencey Prep. Cały klub przywitał ich gorącymi oklaskami, a my z Mikeyem dodatkowo krzyknęliśmy parę razy. Kiedy Frank wszedł na scenę od razu szeroko się uśmiechnąłem, kiedy dostrzegłem że szuka nas wzrokiem. Po chwili na nas trafił, a gdy nawiązaliśmy kontakt wzrokowy wymusił lekki uśmiech. Widziałem jaki jest zestresowany, więc rozpocząłem kolejną falę oklasków.

To co działo się później było już czymś niesamowitym. Przez cały koncert miałem szeroko otwartą buzię, czasem dlatego, że krzyczałem, czasem śpiewałem wraz z Frankiem, a czasem po prostu byłem nim tak zafascynowany. Już w momencie gdy po raz pierwszy szarpnął struny swojej ukochanej gitary wyglądał tak pewnie, że cały stres jakby go opuścił. Jego wokal był czysty, choć niekiedy zdarzały się nikłe potknięcia, na co nikt nie zwracał uwagi. Reszta zespołu także dawała z siebie wszystko, tworząc idealną otoczkę do śpiewu Franka. Nikt w klubie nie był wstanie pozostać w miejscu aż do samego końca, który nastąpił aż po trzech bisach. Kiedy Frank przedstawiał imiona członków zespołu oberwał biustonoszem w głowę, na co zaśmiał się wesoło, ale i lekko zaczerwienił, gdy basista przyczepiał mu go do szlufki w spodniach.

A ja nie mogłem się już doczekać momentu, gdy go dopadnę. Byłem z niego cholernie dumny, ale i nakręcony jak nigdy. Jego lekko ochrypnięty głos, spocone ciało i szeroki uśmiech na twarzy sprawił, że po raz pierwszy chciałem z nim dojść na szczyt. Podniecił mnie do tego stopnia, że gdy tylko zszedł ze sceny złapałem go mocno za nadgarstek i pociągnąłem w stronę łazienki. Miałem gdzieś to, czy ktoś nas zobaczy. Liczyło się tylko to, by być z nim w jako-tako prywatnym miejscu.

- Gee, co robisz? – zaśmiał się brunet, gdy już weszliśmy do łazienki, która na szczęście była pusta, jednak i tak zamknąłem nas  w jednej z kabin i przygwoździłem go do drzwi, całując zachłannie. Nawet nie zdałem sobie sprawy kiedy wsunąłem dłonie pod jego koszulkę, ale gdy podrażniłem palcem sutek Frank jęknął w moje usta i odepchnął się tak, żeby to on trzymał mnie w potrzasku. Nasze pocałunki były niemalże agresywne, a i tak nie uspokajały tej żądzy, którą czułem w środku. Iero chyba doskonale o tym wiedział, bo przyłożył udo do mojego krocza i zaczął je szybko ocierać. Ja postąpiłem identycznie i już po chwili obaj cicho pojękiwaliśmy między pocałunkami. Sam nie wiedziałem co we mnie wstąpiło, gdy mocno wbijałem paznokcie w jego skórę na plecach, czy gryzłem wargi. Czułem się jednak tak bardzo... o cholera, napalony. Nie minęło więc dużo czasu gdy obaj z Frankiem naparliśmy na siebie znacznie mocniej i doszliśmy jeden po drugim, całując się przy tym namiętnie. To był nasz pierwszy wspólny orgazm, więc gdy już oprzytomniałem poczułem się bardzo wyjątkowo. Przytuliłem Franka i pocałowałem go, już nieco lżej.

- Byłeś niesamowity – szepnąłem mu do ucha.

- Na scenie, czy tutaj? – zaśmiał się i dopiero wtedy poczułem że lekko drży.


- Miałem na myśli koncert, ale to też było nieziemskie – odparłem, odsuwając go delikatnie. Wzięliśmy kilka głębokich oddechów, po czym rumieniąc się jeszcze bardziej wytarliśmy spermę z członków, choć i tak pobrudziła materiał spodni. Nie było tego jednak za bardzo widać z zewnątrz, więc już po paru minutach wyszliśmy z łazienki i poszliśmy szukać Mikeya. Nie mogłem jednak przestać spoglądać na Franka, cały czas przeżywając ten kolejny krok, który poczyniliśmy w naszym związku.

                                                           
Yay, rozdział! Uwierzcie, że z każdym napisanym cieszę się tak bardzo jak Wy (a przynajmniej mam nadzieję, że się cieszycie). Nie chcę znów przepraszać, ale ponownie zapewnię, że opowiadanie, choć w wolnym tempie będzie kontynuowane. 
Rozdział dedykowany Kotkowi - masz pseudo-seksy napaleńcu. Możliwe, że to dzięki Tobie zjawiła się wena <3 
Kolejną sprawą jest to, że wróciłam ostatnio do czytania, więc jeśli ktoś chce polecić mi swojego bloga to śmiało :) 
Dziękuję Wam bardzo za to, że wciąż tu jesteście i mnie wspieracie. 
xoxo,
Fun Ghoul.

wtorek, 10 listopada 2015

Rozdział 33

*Frank*  poniedziałek, marzec  1995

                Siedziałem w szkolnej ławce i przebierałem nogami, zerkając co chwila na telefon. Dziś był wielki dzień. Niemalże ostateczny! Czas wielkiego pojednania, czas wybaczania. Święta przyszły dość szybko w tym roku.

‘Gee: Nie, ja nie potrafię. Kurwa.’

Albo i nie...
Sytuacja między Wayami już nie tyle smuciła, co wnerwiała wszystkich naokoło. Mikey ignorował Gerarda, ten w końcu zaczął być zły, że brat nie może mu wybaczyć, ich mama wyrywała włosy z głowy, a ja czułem się jak problem, jako że ode mnie to wszystko się zaczęło.

‘Gee, to się musi skończyć. Bądź tam wcześniej, też przyjdę.’

Już tłumaczę. Dogadałem się z Rayem, którego poznałem kilka dni po Sylwestrze na koncercie jego dziewczyny, że coś musi być zrobione. Postanowiliśmy zorganizować spotkanie, nie wtajemniczając chłopaków w jakim celu. Problem w tym, że mój Way szybko przejrzał  na oczy i próbował się wykręcić.

‘Gee: Mikey na pewno będzie?’

‘Tak.’

- Iero! – wrzasnęła moja nauczycielka, więc skinąłem lekko głową w ramach przeprosin, jednak nie schowałem komórki, jako że ten idiota w każdej chwili mógł się nagle rozmyślić.

‘Gee: Trzy miesiące to zdecydowanie za długo. Bądź wcześniej.’

‘Woah, jestem z ciebie dumny. Będę.’

Napisałem jeszcze do Raya, upewniając się, że sprowadzi Mikeya na miejsce. Na szczęście chociaż z nimi nie było żadnych problemów. Najważniejsze zadanie leżało jednak po mojej stronie, jako że to ja chciałem ich doprowadzić do rozejmu. Gdyby byli w stanie zrobić to bez pomocy, to już dawno oglądałbym jak Gerard wesoło czochra brata po włosach, a Mikey ogląda z nami horrory. Wiedziałem, że sprawa nie jest na tyle krytyczna, by była bez wyjścia. Przeklinałem tylko, że tak późno wziąłem się do roboty.

                Był styczeń, a my staliśmy pod klubem muzycznym, gdzie chwilę wcześniej odbył się koncert. Było cholernie zimno, więc zaciągnąłem Gerarda w boczną uliczkę i mocno go przytuliłem. Uśmiechnął się i zaczął mnie gładzić po plecach.

- Ale z ciebie zmarzluch – zaśmiał się i przycisnął mnie mocniej do siebie, a ja zamruczałem z przyjemności. – Zaraz musimy wracać, bo Ray wróci...

- Nie chcesz mu powiedzieć? – spytałem niby luźno, odsuwając się lekko i patrząc na niego. Momentalnie zbladł, choć wcześniej policzki miał rumiane po koncercie. – Musisz się nauczyć mówić o nas ludziom, jeśli nie masz w planach mnie zostawić. A nie masz, prawda? – zaśmiałem się i stanąłem na palcach, by dać mu krótkiego całusa.

- Oczywiście, że nie – odparł, jednak dobrze widziałem, że intensywnie myśli.
Niby nie powinienem od niego tego wymagać, jako że po tym jak Hugh wleciał do Kalifornii nie miałem już żadnego kumpla, któremu musiałbym się przyznawać do związku z chłopakiem, ale nie chciałem, by sytuacja z Mikeyem powtórzyła się z kimkolwiek innym, a z tego co zdążyłem zauważyć Ray był dla Gee też bardzo ważny.

- Dasz radę – mruknąłem jeszcze i złapałem go za rękę, po czym wyprowadziłem z zaułka. Okazało się, że Ray już na nas czekał, więc puściłem Gee, jednak ten wciąż zaciskał palce na moich i skinął na kumpla.

- Możemy się przejść?

- Jasne – odparł od razu szatyn i byłem pewny, że kątem oka dostrzegł nasze dłonie, jednak nie skomentował. Było już późno, więc ulice świeciły pustkami, jednak i tak szczerzyłem się jak debil, że trzymałem się z Gee za rękę w miejscu publicznym. – To o co chodzi? Trochę pizga.

- Chcę ci powiedzieć, dlaczego Mikey jest na mnie zły – powiedział Gee i mocniej ścisnął moje palce, na co odpowiedziałem tym samym. – Chodzi o Franka.

- Jest zazdrosny? – zaśmiał się Ray i przeczesał dłonią swoje afro. – No wiesz, zawsze byliście tylko we dwójkę, ja dołączyłem do was obu, nic dziwnego, że się wścieka, jak ktoś mu zabiera brata...

- Frank jest moim chłopakiem – oznajmił Gee, aż ja otworzyłem usta za zdziwienia. Nie sądziłem, że pójdzie mu tak szybko i dość pewnie, choć pewnie chciał to po prostu mieć z głowy.

- Czekaj, co? – zdziwił się Ray i zatrzymał się wpół kroku, patrząc to na mnie, to na Gee. – Jesteś gejem?
- Na to wygląda – westchnął Gerard, a ja patrzyłem wyczekująco na chłopaka. Nie wyglądał na złego, tylko był w szoku.

- Em, no wiesz... Nic nie mam, czy coś, aleś mnie zdziwił – odparł po kilkunastu sekundach i podrapał się po karku. – To ten... Gratulacje, czy coś.

- Dzięki – zaśmiałem się i spojrzałem na swojego chłopaka. – Widzisz, nie było tak źle.

- No – prychnął i spojrzał z uśmiechem na przyjaciela. – Dzięki stary.

- Ale... co ma do tego Mikey? – spytał, wracając do sedna sprawy, a wyraz twarzy Gerard od razu się zmienił.

- Dowiedział się przypadkiem, a nie tak jak ty – powiedziałem, wzdychając cicho. – Teraz ma żal do Gerarda, że mu nie powiedział.

Miesiąc po tym Ray zatrzymał mnie w szkole i powiedział, że coś trzeba z nimi zrobić, co przyjąłem lepiej niż dobrze. Stwierdziliśmy, że spotkanie będzie najlepszym rozwiązaniem, tylko to, co powiemy Mikeyowi zostało zrzucone na mnie. Ray nie był nawet związany z tą sprawą, Gee nie wiedział już jak rozmawiać z bratem, więc zostałem ja.

Dzwonek w końcu się rozdzwonił, a ja wyleciałem z klasy jako pierwszy, jeszcze na dworze zapinając kurtkę. Do przyjazdu Mikeya mieliśmy jeszcze godzinę, ale przed tym chciałem naładować Gerarda pozytywną energią przed tym spotkaniem. Sam nie wiedziałem jak to możliwe, że chłopak, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie widział sensu życie poza swoją gitarą i upijał się przy każdej możliwej okazji stał się kimś, kto potrafi kogoś pocieszyć i radzi sobie w szkole. Powód był oczywiście jeden, unikalny, siedzący na materacu na strychu i czekający na mnie.

- Wyglądasz tak samo, jak wtedy przed świętami – rzuciłem i odłożyłem torbę na ziemię, po czym podszedłem do niego i ukucnąłem.

- Teraz gnębią mnie trochę inne myśli – prychnął i poczochrał mnie po włosach,  a ja wstałem i władowałem mu się na kolana.

- O czym wtedy myślałeś?

- O tym, czy odwiedzałbyś mój grób, jakbym zginął.

Pobladłem momentalnie i otworzyłem szerzej oczy. Nigdy nie pytałem go, co się wtedy działo w jego głowie, jednak najwyraźniej nie było zbyt kolorowo.

- Zabraniam ci myśleć o takich rzeczach, Gerardzie Way – burknąłem, a on uśmiechnął się i mnie pocałował. Mocno i czule, jakby dziękował, że z nim jestem. – Zrozumiano?

- Tak – mruknął i oparł czoło o mój tors, oddychając głęboko. Pocałowałem go w czubek głowy i objąłem mocno. – Jak myślisz, co powie?

- Mam nadzieję, że w końcu ci wybaczy – odparłem i popchnąłem go lekko, byśmy mogli się położyć. – W końcu czas najwyższy. Już swoje wycierpiałeś.

- Zobaczymy – westchnął bez przekonania i zaczął się bawić moimi palcami.

Czas zbliżał się nieubłaganie, a ja sam zacząłem się stresować. Jakby nie patrzeć też chciałem odzyskać przyjaciela, więc modliłem się, by wszystko poszło dobrze. Kiedy usłyszeliśmy, że ktoś wchodzi do budynku na dole obaj stanęliśmy i czekaliśmy na chłopaków.

- Czemu mnie tu zabrałeś, Ray? – spytał Mikey, gdy już wchodzili do góry po schodach.

- Zaraz zobaczysz – odpowiedział starszy.

Gdy tylko Mikey nas zobaczył chciał zawrócić, jednak Ray zastawił mu drogę. Już wtedy wiedziałem, że to będzie ciężkie, jednak nie miałem zamiaru się poddać. Wystąpiłem do przodu i podszedłem do Mikeya.

- Mikey, chcemy porozmawiać...

- Nie mamy o czym rozmawiać – burknął.

- Jak to, kurwa, nie? – buchnął Gerard, aż sam spojrzałem na niego ze zdziwieniem. – Mikey, cholera jesteśmy braćmi.

- No właśnie! – wydarł się młodszy Way i wyminął mnie, po czym pchnął Gerarda. Już chciałem się wtrącić, jednak Ray przytrzymał mnie za ramię.

- Ile razy mam cię przepraszać? – rzucił Gerard, nie oddając ani jednego ciosu.

- Nie ufasz mi!

- Ufam ci najbardziej na świecie, idioto – prychnął Gee i złapał go w końcu za nadgarstki. – Nie masz pojęcia ile razy próbowałem ci powiedzieć.

- Ale nie powiedziałeś! – wrzasnął i spróbował się wyrwać, jednak Gerard był znacznie silniejszy.

- Wstydziłem się. Bałem, że mnie odrzucisz, co właśnie się stało...

- Nie odrzuciłem cię, bo jesteś z Frankiem – rzucił i opuścił ręce. – Właściwie, to się cieszę.

- Co? – spytaliśmy razem z Gerardem w tym samym czasie, a Mikey wyszarpnął w końcu ręce i spojrzał na Gerarda.

- Jak mogłeś pomyśleć, że bym cię przez to odrzucił, Gerry – powiedział cicho, po raz pierwszy od trzech miesięcy mówiąc do niego zdrobniale. Uznałem że to bardzo dobry znak, a jeszcze lepszym było to, że Gerard po chwili go objął, a Mikey nie uciekał.

- Przepraszam Mikey – szepnął i przycisnął go mocno do siebie, chowając twarz w jego włosach. Chłopak uniósł niepewnie ramiona i również objął nimi brata.

- No nareszcie! – krzyknął Ray, klaszcząc w dłonie, a ja wyszczerzyłem się jak idiota. Wayowie odsunęli się od siebie z nikłymi uśmiechami  i obaj spojrzeli na mnie, przez co poczułem się nieręcznie.

- Ja też przepraszam, Mikey – powiedziałem, podchodząc do nich i wyciągając ku niemu rękę, którą chłopak po chwili ścisnął.

- Nie masz za co. Gerard jest przy tobie lepszy – odparł, a ja zaczerwieniłem się jak cegła i spuściłem głowę. Brunet poczochrał brata po włosach, po czym objął mnie, bym mógł schować twarz w jego szyi. – Ale nie miziajcie się już przy mnie – dodał jeszcze Mikey, na co wszyscy się roześmialiśmy.

                - Miał rację? – spytałem Gee, kiedy już byliśmy w moim pokoju i oglądaliśmy film.

- Hm? Kto i kiedy?

- Mikey. Jesteś przy mnie lepszy?

- Na to wygląda – szepnął i pocałował mnie w skroń, a ja przymknąłem oczy i zacisnąłem mocniej palce na jego koszulce.

- O sobie myślałem dziś dokładnie to samo – wyznałem cicho, a Gerard przytulił mnie mocno i nic już nie powiedział, tylko po chwili pocałował mnie w usta. Najpierw dość delikatnie, jednak później nabrał pewności i mocy. Ta pieszczota trwałaby i kilka godzin, jako że ułożyłem się na nim i z zafascynowaniem bawiłem się jego językiem, gdyby nie wymowne chrząknięcie, które nam przerwało.

- Gerard twoja mama dzwoniła, że jesteś potrzebny w domu –oznajmiła, po czym szybko wyszła z pokoju. Spojrzałem na swojego chłopaka i zaśmiałem się głośno, widząc jak jego twarz przybrała koloru pomidora. Sam też nie byłem lepszy, ale nie na co dzień można było zobaczyć Waya w takim stanie.

- Nie przyzwyczaję się do tego – burknął i przetarł twarz dłońmi.

- Masz całe życie na przyzwyczajenie się – zaśmiałem się i pocałowałem go w policzek, po czym wstałem z łóżka i zacząłem szukać płyty, którą obiecałem mu pożyczyć. Gerard zwlókł się z materaca i objął mnie od tyłu.

- Dziękuję za dzisiaj, Frankie – mruknął mi do ucha, a ja wsadziłem w jego dłoń płytę.

- Nie ma sprawy. Też się cieszę, że już po wszystkim.

Jakieś pięć minut później obserwowałem go przez okno, jak przechodzi przez ulicę i wchodzi do swojego domu, jeszcze do mnie machając.

To był naprawdę dobry dzień. Wayowie w końcu się pogodzili, a co za tym szło Gerard częściej się uśmiechał i w końcu był spokojny. Z radością złapałem za swoją ukochaną gitarę i zacząłem luźno pociągać za struny. Wena zawsze przychodziła, gdy byłem albo w tragicznym nastroju, albo w wesołym, tak jak wtedy. Nie zauważyłem nawet kiedy zacząłem coś nucić pod nosem, a następnie powoli ubierałem ten bełkot w słowa. Myślałem o wszystkim; od szkoły, aż po Gerarda, a co za nim szło o całym tym czasie, podczas którego diametralnie się zmieniłem. Absolutnie mi to nie przeszkadzało.

Kiedy postanowiłem spisać te słowa na papier, by jak to zwykle bywa z moimi tekstami, ten też nie został zapomniany po pięciu minutach rozdzwonił się mój telefon, który pokrzyżował te plany.

-Neil? – zdziwiłem się, widząc nazwę kontaktu na wyświetlaczu. Po chwili odebrałem z niepewnym ‘halo?’.

- Frank, stary kurduplu! – przywitał się wesoło, a ja potrzebowałem chwili, by chociażby na nowo przyzwyczaić się do jego głosu.

- Siema wielkoludzie, kopę lat – odparłem i usiadłem na łóżku. – Co tam?

- A spoko, po staremu – zaśmiał się. – Grasz może jeszcze na gitarze?

- Ta... Właściwie to właśnie mi w tym przeszkodziłeś – prychnąłem i przygryzłem lekko wargę. Takie pytania zwykle niosły za sobą coś więcej.

- Haha, to dobrze się składa. Słuchaj, z kilkoma kumplami chcemy coś pograć, byłbyś zainteresowany?

- Jasne! – odparłem od razu i uśmiechnąłem się szeroko. Już od bardzo dawna nie grałem z kimś, a to zawsze było niesamowite uczucie.

- To super. Szykuj swoją panienkę i widzimy się jutro wieczorem u mnie. Pamiętasz gdzie mieszkam?

- Taa, chyba trafię – mruknąłem i zacząłem przebierać nogami. – To do jutra.

- Do jutra!

Rozłączyłem się i opadłem na łóżko, unosząc ręce do góry w zwycięskim geście. Kto by pomyślał, że ten dzień okaże się jeszcze lepszy!

                                                        
Rozdział z dedykacją dla Flanka, bo kocham i mogę ;* 
Yay, udało się! Sama aż się szczerzę do ekranu, że skończyłam ten rozdział i mam nadzieję, że z następnym pójdzie mi jeszcze lepiej. Dziękuję Wam bardzo za wszystkie komentarze i proszę o jeszcze więcej, jako że nie ma nic lepszego dla autora niż czytanie opinii Czytelników (nawet tych złych, bo uczą :)). 
Teraz czas na trochę ogłoszeń. 
  • Ostatnio postanowiłam zmartwychwstać mojego bloga na Dreamers Play. Niestety wena do opowiadania dalej nie wróciła, ale niedługo ukaże się tam tłumaczenie shota z Durarary. Ogólnie będę tam wstawiać swoje teksty powiązane z anime, jako że tego bloga chcę pozostawić jedynie na MCR. Wszystkie shoty z 'Innych fandomów' tam trafią i zostaną usunięte z tego bloga. Możliwe, że będę tam też wstawiać różne aktualki, jako że rozmnożyło mi się blogów i fajnie by było to ogarnąć, więc wszystkich zapraszam do follow'ania :) 
  • Jeśli już o rozmnażaniu blogów mowa - ostatnio powstał nowy z RP, tym razem pisany z Nessie, głównie w Kuroko no Basket, jednak rokowania wskazują, że da się namowić na Frerarda, więc również zapraszam na Puke a Rainbow.   
To chyba tyle, trzymajcie się ciepło Kochani, zostawiam Wam tych słodziaków na baibai.
xoxo, 
Fun Ghoul. 
 

sobota, 11 lipca 2015

Rozdział 32


*Gerard* sobota/niedziela, luty 1995

Dni były cholernie podłe.  Nie dość, że temperatura na dworze jeszcze bardziej się ochłodziła, to i w domu czułem się tak, jakby ktoś zamrażał moje ciało. Tym ‘kimś’ był oczywiście mój własny brat, który w dalszym ciągu patrzył na mnie nie tyle z odrazą, co z zawodem. Starałem się jak tylko mogłem, by mi wybaczył. Nosiłem mu rano kawę do pokoju, gdzie dopiero po jakimś czasie zaczął mnie w ogóle wpuszczać, sprzątałem po nim, a czasem nawet odrabiałem za niego lekcje. Za to wszystko porozmawiał ze mną... Tylko raz, w ciągu całego miesiąca, co i tak zbyt wiele nie dało.
  
Czułem jak go tracę. Nie wiedziałem, co działo się na jego lekcjach, ani gdzie wybierał się po nich. Wspólne oglądanie horrorów odeszło w niepamięć, a braterskie wygłupy poszły jeszcze dalej.  Starałem się mu to wyjaśnić. Mówiłem do zamkniętych drzwi, pisałem nawet listy, lecz to nic nie dawało. Kiedy w końcu mnie do siebie dopuścił, powiedział jedynie, że go zawiodłem, po czym wyrzucił z pokoju. 
Jakby Mikey’a było mało, to dołożył się jeszcze ojciec. 

Dopiero kilka dni po Sylwestrze ogarnąłem komórkę i sms’y, które przyszły o północy. Dzwonił do mnie i napisał dwie wiadomości, a to znacznie kłóciło się z tym, że chciałem zerwać z nim kontakt, co robiłem to głównie dla Mikey’a, który teraz pewnie wolałby, abym się wyprowadził. 

Nie chciałem być tym złym chociaż w tej sytuacji, więc oddzwoniłem do niego, by dowiedzieć się, że będzie miał kolejne dziecko, a mnie prosi na chrzestnego, bo ładnie wyjdę na zdjęciach z jego przybraną córką. Chciałem odmówić, gdy tylko to powiedział, lecz nie miał czasu i musiał gdzieś lecieć. Jak zwykle. 

Ojciec nigdy nie interesował się Mikey’em. Zupełnie jakby z pierwszego małżeństwa miał tylko jednego syna, którego w wieku 10 lat zaczął zabierać na noc z domu, gdy tylko jego młodszy brat zasnął. Nie odpowiadał, gdy pytałem dlaczego Mikey z nami nie jedzie. Raz w tygodniu brał mnie do siebie, z początku za zgodą mamy, a później na siłę, aż w końcu zacząłem sam do niego jeździć, by oszczędzić mamie nerwów. 

Mieszkał w pobliskim mieście, do którego jechało się autobusem przez niecałe dwie godziny, a ja, chodząc jeszcze do gimnazjum pokonywałem tę trasę co tydzień, zarywając noce i wymykając się z domu. Dopiero, gdy byłem w liceum zorientowałem się, że nie jest on normalnym człowiekiem i znacznie ograniczyłem nasze spotkania, a ostatnio nawet całkowicie ich zaprzestałem. Wydawało mi się, że po prostu przyjął to do wiadomości, lecz musiał zadzwonić i złożyć mi tę propozycję, którą nie wiem dlaczego, ale zacząłem rozważać. 

Na szczęście był jeszcze Frank, który właśnie świecił latarką w moje okno, dając mi znać, że mogę już wyjść. 

Zabrałem kilka potrzebnych rzeczy, choć większość z nich miałem już u niego w domu. Była sobota, więc szedłem do niego na noc, a na wiadomość o tym Mikey oczywiście posłał mi ponure spojrzenie, jakby tylko na każdym kroku chciał mi przypomnieć, że go zraniłem. 

Pożegnałem się szybko z mamą, która życzyła mi miłej nocy, po czym udałem się prosto do domu Franka. Oglądając się za siebie dostrzegłem, że Mikey obserwuje nas przez okno w moim pokoju. Dlaczego to robił? Zupełnie jakby chciał, bym na każdym kroku czuł ciężar tego, co mu zrobiłem, a na dodatek katował sam siebie, patrząc na to, jak dalej to robię. 

Otworzył mi Frank, a jego uśmiech sprawił, że od razu zrobiło mi się lepiej. Od razu zbliżył się do mnie i stawał na palcach, by dosięgnąć mych ust, lecz nie dałem mu się i wszedłem do środka, po czym zamknąłem za sobą drzwi.

- Mikey patrzył – wyjaśniłem, widząc jego zdziwioną minę. 

- Cholera – westchnął bezradnie, po czym mnie przytulił.

- Frank, co to za słownictwo! – krzyknęła jego mama z kuchni, wychylając głowę na korytarz.

- Dobry wieczór pani – przywitałem się.

- Cześć Gerard – odpowiedziała, uśmiechając się tak samo jak Frank. Cieszyłem się, że to po niej odziedziczył.  

Odebraliśmy od niej talerz pełen kanapek oraz dwa kubki z herbatą, po czym skierowaliśmy się do pokoju. Kiedy odłożyliśmy wszystko na stolik podszedłem do Franka i mocno się do niego przytuliłem, a po chwili lekko pocałowałem. Był jedyną osobą, która wiedziała dokładnie co się dzieje. Tylko jemu mogłem powiedzieć wszystko, a on mnie nie osądzał. Po prostu podchodził, przytulał mnie, mówił, że wszystko będzie dobrze, a ja starałem się w to ślepo wierzyć. 
Pozwolił mi przewodzić w pocałunku. Badałem językiem całą jego buzię, choć zdążyłem ją już dobrze poznać. Za każdym razem jednak towarzyszyło temu niesamowite uczucie, jakby każde z naszych zbliżeń było tym pierwszym. Kiedy był tak blisko, cały świat zdawał się nie istnieć. Były tylko jego usta, ciało, zachowanie i umysł. 

- Przygotowałem duuużo filmów – mruknął i zaśmiał się cicho. 

- To dobrze – odparłem, gładząc go po włosach.

Ułożyliśmy się wygodnie. Ja bezpośrednio na łóżku, a Frankie na mnie tak, bym mógł go objąć.  Filmy leciały jeden po drugim, lecz i tak nie mogłem się na nich skupić. Cały czas myślałem o tym, jak fajnie by było, gdyby Mikey je z nami oglądał, choć nie widziałem nawet cienia szansy, by to się kiedyś stało. Nie powiedziałbym jednak, że Frankie mi nie wystarczał. Co jakiś czas podnosił się, byśmy mogli się pocałować i za wszelką cenę starał się mnie rozśmieszyć, rzucając jakimiś głupimi żartami do filmów, lub zwyczajnie łaskocząc. Kiedy jednak zasnął, znów zostałem sam ze wszystkimi tymi myślami, których nie chciałem mieć, lecz sam je do siebie sprowadziłem. 
Wystarczyłoby tylko przyznać się do tego wcześniej. 

Mikey nie wyglądał tak, jakby to fakt, że jestem gejem mu przeszkadzał. Nie brzydził się nami, a z Frankiem nawet czasem porozmawiał, jednak gdy tylko temat schodził na mnie od razu odchodził. Nie wiem, czy to nie było jeszcze gorsze, bo przecież gdyby miał zrazę do homoseksualistów, mógłbym go jakoś przekonać, że to nic złego, a tak wyrzuty kierował tylko na mnie i choć dobrze wiedziałem, że zasłużyłem, to było mi z tym źle. 
Frankie mruknął przez sen i zsunął się ze mnie, lecz dalej przytulał. Uśmiechał się, a to znaczyło, że śni mu się coś dobrego. Położyłem się naprzeciwko, umiejscawiając dłoń na jego policzku i lekko go pocierając, tak żeby się nie obudził. 
Cieszyłem się, że go mam, nawet jeśli to przez to Mikey był na mnie wściekły. 
Kiedy obudziłem się rano mojego chłopaka nie było już w łóżku, a w nozdrza uderzył mnie przyjemny zapach kawy stojącej na stoliku. Usiadłem i od razu chwyciłem kubek w dłonie, z radością stwierdzając, że napój wciąż jest ciepły. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Pogoda, jak na luty, wyglądała na bardzo przyjemną. Słońce świeciło, a jego promienie odbijały się od śniegu i raziły po oczach. Spojrzałem na swój dom, widząc jak Mikey krąży po swoim pokoju, najwyraźniej się gdzieś szykując. Posmutniałem, lecz tylko na chwilę, bo usłyszałem jak ktoś wchodzi do pokoju, a już po kilku krokach zorientowałem się, że zmierza do mnie jego właściciel. 

- Dzień dobry, Gee- powiedział wesoło i przytulił mnie od tyłu, po czym pocałował w kark. Nie wiem dlaczego, ale jakoś lubił tamto miejsce. 

- Dzień dobry, Frankie – odpowiedziałem, odkładając kawę na biurko i odwracając się do niego. 

- Mam dla ciebie niespodziankę – oznajmił, uśmiechając się szeroko. Zauważyłem, że jest już ubrany, a jego włosy pachniały szamponem po myciu. 

- Jaką? – zarzuciłem mu ramiona na szyję i zacząłem bawić się jego włosami. 

- Zobaczysz – zaśmiał się. – Ale musisz skończyć do domu po cieplejsze ciuchy. 

-Frankie, nie mam ochoty nigdzie wychodzić... – zacząłem, lecz chłopak od razu mnie pocałował, bym nie mógł skończyć. 

-Nie obchodzi mnie to – zachichotał, co było dość urocze, więc nie mogłem się już spierać. 

Niecałą godzinę później czekał na mnie ze swoją mamą przy ich samochodzie na podjeździe. Zabrałem wszystko co było mi potrzebne i razem wyruszyliśmy w podróż, a ja musiałem przyznać, że czuję ekscytację na tę niespodziankę. 

- Twoja mama nie miała nic przeciwko? – spytała mnie pani Iero, patrząc w lusterku wstecznym na moją twarz. 

- Jak się dowiedziała, że jadę z panią to się zgodziła – odparłem. Kolejny powód do radości z tego, że nasze mamy się dogadywały. Szkoda, że całe nasze rodziny nie mogły się pojednać...

Mimo że nie przepadałem zbytnio za zimą, krajobraz za oknem malował się naprawdę bajecznie. Wyjeżdżaliśmy z Newark, a okolica zaczynała dziczeć. Wszystko tu wyglądało tak nieskazitelnie czysto i tak jakby...łatwo. W końcu wyjąłem z torby szkicownik i zacząłem w nim coś przypadkowo kreślić. Udało mi się na chwilę totalnie wyłączyć, co mój umysł przyjął z dużą aprobatą. Uwielbiałem przedstawiać idealnie białe elementy czarnym kolorem na papierze. Zupełnie jakbym miał negatyw w oczach, a czasem naprawdę chciałbym taki mieć. 

Poczułem rękę na kolanie, więc spojrzałem przelotnie na Franka, choć kiedy wyobraziłem go sobie z białymi włosami nie mogłem powstrzymać śmiechu. 

- Co jest? Tak też masz łaskotki? – prychnął i poruszał palcami. 

- N-nie – odparłem, zasłaniając buzię ręką. – Nie farbuj się na biało, Frankie – dodałem, po czym roześmiałem się już na całego. 

Zarówno brunet, jak i jego mama spojrzeli na mnie ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy, jednak postanowili nie komentować, a ja, jak ten głupi, śmiałem się na cały samochód, aż w końcu otarłem łzę z kącika oka i zacisnąłem palce na ręce Franka. Lubiłem w nim to, że nie drążył tematu, kiedy było widać, że nie jestem w stanie mu czegoś wytłumaczyć, a sprawiało mi to radość. 

- Zaraz będziemy – oznajmiła pani Iero, a ja zacząłem z jeszcze większym podekscytowaniem wyglądać za okno, jednak widok nie wykraczał poza wszechogarniający śnieg. Schowałem szkicownik i ołówki do torby, po czym czekałem aż dojedziemy.

Po kilku minutach wjechaliśmy na jakieś podwórko. Nie było na nim niczego, na czym mogłem zawiesić oko, więc spojrzałem tylko na Franka, a ten uśmiechał się do mnie czarująco. Nie zdążyliśmy nawet wysiąść z samochodu, a ja już się cieszyłem, że gdzieś mnie wyciągnął, z dala od problemu i ogólnie rzecz biorąc rzeczywistości. 

- Zaraz poznasz moją babcię – poinformował mnie Frank, a ja poczułem się jakoś dziwnie spięty. Domyślałem się, że raczej będziemy ukrywać przed nią nasz związek, ale i tak chciałem dobrze wypaść w jej oczach. 

Okazała się być niską kobietą w dość pokaźnym wieku. Nie była jednak tak stara jak chociażby moja własna babcia, Elena. Wnętrze jej domu było urządzone w dość starym stylu, ale miało swój klimat. Po wejściu trafiało się od razu do kuchni, która była na tyle przestronna by pomieścić piec kaflowy, długi stół z sześcioma krzesłami oraz kilka szafek. Kiedy właścicielka wyściskała już swoją córkę i wnuka, ten zaprowadził ją do mnie i uśmiechnął się szeroko. 

- Babciu, to jest Gerard, mój najlepszy przyjaciel – przedstawił mnie chłopak, a ja wyciągnąłem dłoń do kobiety. 

- Miło mi panią poznać... – zacząłem, lecz wtedy babcia Franka przytuliła mnie mocno do siebie. 

- Przyjaciele mojego wnuka są tu zawsze mile widziani! – oznajmiła głośno, śmiejąc się przy tym. 

Pani Iero zrobiła każdemu z nas po herbacie, a dodatkowo na stole znalazło się ciasto drożdżowe, na którego widok aż zaświeciły mi się oczy. Niemalże w pięć minut pożarliśmy z Frankiem połowę kawałków. 

- Chodź, coś ci pokażę – szepnął mi do ucha i wstał od stołu, a ja podążyłem za nim na zewnątrz. 

Przeszliśmy na tyły budynku, a tam roztaczał się widok na ogromną pustą przestrzeń, która cała pokryta była nieskazitelnie białym śniegiem. Frank złapał mnie za rękę i zaprowadził do jednego z drzew. Dopiero kiedy staliśmy tuż pod nim zauważyłem, że znajduje się tam drewniany domek. 

- Nie boisz się? – spytał mój chłopak, uśmiechając się w ten łobuzerski sposób, który uwielbiałem. 

- Chyba śnisz – odpowiedziałem i już po chwili wspinaliśmy się do góry po specjalnej drabince. 

W środku nie było niczego poza długą ławeczką, z której można było spoglądać na pole. Usiedliśmy na niej z Frankiem blisko siebie, by było nam całkiem ciepło. 

- Jak byłem mały i pokłóciłem się z rodzicami to zawsze tu przyłaziłem  - opowiedział mi Frank, a ja uśmiechnąłem się na samo wyobrażenie jego jako małego brzdąca. – Kiedyś nawet wtargałem tu gitarę i koczowałem przez cały dzień – dodał i spojrzał na mnie, a następnie położył mi swoją zimną dłoń na policzku i pocałował lekko w usta. 

- Dowiaduję się o tobie coraz więcej – zaśmiałem się i oparłem czoło o jego. 

- Cieszy mnie to – szepnął i przymknął oczy, jakby zupełnie tak jak ja po prostu chciał się po napawać tą chwilą spokoju. 

                                                                            
Tak, to ja, zła niedobra Fun Ghoul.xd 
Ogłaszam Wam to z ogromnym smutkiem, ale wena na to opowiadanie niemalże w całości ze mnie wyparowała, dlatego nie mogę obiecać, że kolejny rozdział pojawi się jakoś magicznie szybciej. Zapewniam jednak, że w żadnym wypadku nie mam w planach porzucać Destroyi, jako że nienawidzę pozostawiać niedokończonych spraw. 
Rozdział ten chciałabym zadedykować Nancy Grant, jako że to jej 'znicz' pod ostatnią minaturką dał mi największego kopa :D, a jednocześnie to, że mój Kotek Jebotek znajduje się z dala od internetu.;=; 
Chciałabym Was też poinformować, że niedawno ruszyłam z nowym fanfiction do anime Kuroko no Basket. Znajduje się ono w zupełnie innym AU, więc kto nie oglądał z łatwością się połapie, a ci, którzy mają to w planach nie zdobędą żadnych spoilerów :) 
Zapraszam serdecznie - One Step Closer
Ode mnie to już chyba tyle. Bardzo dziękuję wszystkich, którzy wiąż są ze mną i tym blogiem. Dajecie nie tyle nawet siłę do pisania, co nawet do życia. 
xoxo.