Cześć.
Wpuścisz mnie do środka? Chciałbym poznać całego ciebie, skąpanego w tych wszystkich
smutkach i problemach, stworzonych w twojej głowie. Chciałbyś mnie tam?
Szperałbym po wszystkich zakamarkach, chcąc poznać cię tak dogłębnie, jak
jeszcze nigdy nikt. W dodatku tym razem robiłbym to od właściwej strony. Wtedy
też byliśmy blisko, pamiętasz? Uroczo szeptałeś moje imię, kiedy ja poruszałem
się w szybkim rytmie, z zastraszającą prędkością odchodząc od zmysłów. Chciałem
ci wtedy ofiarować cały świat, wiesz? Jak to szło... Przesunąłbym góry,
wysuszył oceany i rozbił niebo. To wszystko dla ciebie, ale ty nie chciałeś
brać. Nie, byłeś zbyt pysznym i aroganckim stworzonkiem, by zauważyć to, że
potrafiłbym dla ciebie zabić, a ty tak naprawdę potrzebujesz mnie do życia. Czy
ciebie w ogóle cokolwiek obchodzi? – pytałeś, a ja wtedy wytrzeszczałem oczy.
Wiedziałem, że sam jesteś ślepy, ale nie sądziłem, że blaski reflektorów i
adrenalina aż tak cię przyćmiewa. Sam właściwie nie wiem, dlaczego nie dałem
sobie wtedy spokoju. Może do tego czasu opuściłbyś mój umysł, duszę i, niech
cię szlag trafi, serce. Dalej jak kretyn unoszę głowę, gdy słyszę twoje imię,
lub mam okazję usłyszeć twój głos. Czy ja cię jeszcze cokolwiek obchodzę? Może
to mną nazywasz powód swej porażki, żeby tylko sobie ulżyć. Mnie wykorzystujesz,
by zamaskować te złe decyzje, które podejmowałeś za każdym razem, gdy
wchodziłeś do sklepu. Ze mnie robiłeś kozła ofiarnego, by mieć jakikolwiek
pretekst. Myślisz, że nie widziałem? Nagle zaczęło ci przeszkadzać, że razem
śpimy, że cię dotykam, a nawet to, że na ciebie patrzę. Strach pomyśleć jak
straszna była bestia, której wizję miałeś w oczach, gdy na mnie patrzyłeś. Ale
przecież każdy pretekst był dobry, by wyrwać się spod naszego nadzoru i pójść
sobie ulżyć. Ja naprawdę rozumiem. Zastanawiam się tylko, czy masz jakiekolwiek
pojęcie jak bardzo to bolało. Czy teraz będzie lepiej? Sama świadomość tego, że
tam byłeś napawa mnie optymizmem, jednak to o niczym nie musi świadczyć.
Chciałbym poznać cię na nowo, choć zapewne po raz pierwszy robiłbym to
naprawdę. To głupie, lecz chciałbym na nowo się w tobie zakochać, w zupełnie
inny sposób, niż stało się to wtedy. Ach, tak. Kochałem cię, wiesz? Nawet gdy
plułeś mi w twarz i okładałeś mnie pięściami, gdy zagradzałem ci drogę do
wyjścia. Wiem, że wrócisz do domu, bo tam jest twoje miejsce, ale nie wiesz jak
bardzo bym chciał cię zobaczyć, choć przez chwilę. Właśnie dzisiaj, gdy
otworzysz ten nowy rozdział i staniesz znów życiu na przeciw. Chciałbym ci przy
tym towarzyszyć, lecz sam się już nie zbliżę. Wycierpiałem już zbyt wiele, a ty
stałeś się zbyt ślepy, by cokolwiek dostrzegać. Właśnie w ten dzień, siedzę w
ciszy i rozmyślam o tobie, kiedy ty wysiadasz na przystanku pod moim domem. Po
paru minutach pukasz do drzwi, a ja otwieram je zdziwiony i wzruszam się jak
głupie dziecko, gdy mówisz, że twój dom jest przy mnie i pytasz, czy cię
wpuszczę. Rozchylam tylko ramiona i zamykam cię w uścisku, po czym odpowiadam –
Oczywiście, że cię wpuszczę, Gee. – Na co ty, jakby zmalały od swej winy mówisz
– Zbudujmy nasz dom na nowo, Frankie.
niedziela, 9 lipca 2017
środa, 24 lutego 2016
Rozdział 34
*Gerard* piątek, czerwiec 1995
Czekałem już od ponad piętnastu
minut pod domem jednego z kumpli Franka, powoli zaczynając się irytować. W
końcu skoro prosił, bym zjawił się o danej godzinie to powinien sam się do niej
dostosować. Wiedziałem jednak, że wyjście z ich prowizorycznej ‘sali prób’ nie
przyjdzie mu łatwo, dlatego usiadłem na krawężniku i wyjąłem z torby notatki,
by zająć się ich czytaniem. Ciężko było się skupić, jako że zewsząd do moich
uszu dochodziły wszystkie dźwięki, jednak po chwili założyłem słuchawki na uszy
i wszystko zlało się w muzykę. Skupiłem się na czytaniu, bo do końcowych
egzaminów zostało już tylko kilka dni, a chciałem je zdać jak najlepiej. Po paru
minutach jednak ktoś zaszedł mnie od tyłu, na co aż cały podskoczyłem i
momentalnie wyjąłem słuchawki z uszy, po czym odwróciłem się i zobaczyłem,
rzecz jasna, swojego uśmiechniętego chłopaka.
-
Przepraszam, że musiałeś tyle czekać – zaczął od razu, przytulając mnie lekko.
W końcu byliśmy na ulicy, a żaden z nas nie był na tyle beztroski by zaserwować
spacerującym widok całujących się chłopaków.
- Wiesz, że
muszę się uczyć – westchnąłem, również go obejmując i na chwilę zamykając oczy.
Ostatnio nie mieliśmy dla siebie zbyt wiele czasu, więc korzystałem ile wlezie.
- Wiem,
wiem... ale przyda ci się mała przerwa – uśmiechnął się i odsunął, po czym
zgarnął swoją gitarę z ziemi i zarzucił ją na plecy. – Zabieram cię na lody!
Lodziarnia
znajdowała się bardzo blisko domu Neila, więc droga do niej nie zajęła nam zbyt
dużo czasu. Obaj wybraliśmy sobie po dwie gałki, a następnie stanąłem jak
wryty, gdy Frank zapłacił za wszystko. Niby w związkach to było normalne, by
facet stawiał, a że u nas nie było kobiety to zwykle płaciliśmy osobno, każdy
za siebie. Była to jednak miła
odskocznia i postanowiłem że następnym razem to ja mu coś kupię. W końcu byłem
starszy, więc tym bardziej powinienem to zrobić. Usiedliśmy przy jednym ze
stolików na zewnątrz, będąc na tyle oddalonym od innych, by móc swobodnie
pogadać. Było bardzo ciepło, a na dodatek był piątkowy wieczór, więc wszędzie
było pełno ludzi.
- To jak
tam ci idzie nauka?
- Jak krew
z nosa – burknąłem, co nie było do końca prawdą, bo miałem już przerobiony prawie
cały materiał, jednak wciąż nie czułem się zbyt pewnie.
- Kłamca -
prychnął i oparł się łokciami o stół, przez co nasze twarze znalazły się bliżej
siebie. - Na pewno pójdzie ci świetnie – dodał z uśmiechem i przystawił mi do
buzi swojego loda. Zrobiłem to samo i obaj spróbowaliśmy innych smaków,
uśmiechając się przy tym do siebie. Odebrałem to niemal jak pocałunek.
- A jak
próby? – spytałem, odsuwając się lekko, jako że inni goście lodziarni zaczęli
się nam przyglądać.
- W
porządku – odparł z uśmiechem. – Za tydzień w sobotę wielki dzień. Trochę się
stresuję.
- Hej...
Nie masz czym. Dacie czadu – odparłem, samemu już nie mogąc się doczekać ich
koncertu. Co jakiś czas Frank coś mi śpiewał, gdy u niego byłem, jednak nigdy
jeszcze nie słyszałem jak gra cały zespół. Na dodatek musiałem przyznać, że
jarał mnie fakt posiadania chłopaka, który grał w zespole muzycznym.
- Szykuje
się ciekawy tydzień. W niedzielę przychodzę do ciebie i zdychamy razem.
- Zawsze do
usług – uśmiechnąłem się szeroko i wstałem, jako że obaj zdążyliśmy już zjeść,
a musiałem powoli wracać do domu.
Wybraliśmy
totalnie okrężną drogę, włączając w to las, w którym byliśmy zupełnie sami,
więc mieliśmy chwilę by się pocałować. Strasznie brakowało mi bliskości Franka
przez ostatnie dni, więc pieszczota ta przeciągnęła się na kilka dobrych minut.
Frank bawił się wisiorkiem na mojej szyi, uśmiechając się przy tym i jakby
dziwiąc, że noszę urodzinowy prezent od niego.
- Przynosi
mi szczęście – mruknąłem, a on przyłożył mi dłoń do policzka i pogładził go
palcami.
- Na
egzaminach też ci pomoże – uśmiechnął się i pocałował mnie raz jeszcze.
Te słowa
wystarczyły, bym przez kolejne godziny zamiast przeglądać notatki zajmował się
obracaniem wisiorka w palcach i przyglądaniu mu się. Totalnie nie spodziewałem
się, że dostanę coś takiego od Franka, jednak bardzo spodobał mi się ten gest.
Wisiorek był w kształcie podłużnej kulki, a po bokach miał skrzydła, niczym u
anioła, jednak z przerzedzonymi piórami. Napis na przodzie głosił „The Fallen
Angel”, zaś z tyłu, już w mniej profesjonalny sposób wyryta była mała literka
„F”. Ścisnąłem go mocno w dłoni i westchnąłem cicho. Usłyszałem, że Mikey
wrócił do domu, więc poszedłem do jego pokoju, a on, jak się okazało, po drodze
przygotował nam obu po kubku kawy.
Z początku gdy się o tym
dowiedziałem, byłem strasznie wściekły że wszystkie egzaminy mamy w ciągu
jednego tygodnia, jednak teraz, gdy był już piątek i miałem je już za sobą
podobał mi się ten układ. Wychodziłem właśnie ze szkoły, luzując przy okazji krawat,
gdy po drugiej stronie ulicy dostrzegłem Franka.
- Jak
poszło? – spytał od razu, gdy byłem jeszcze kilka kroków od niego, a gdy tylko
znalazłem się w zasięgu mocno mnie uściskał.
- Chyba
dobrze...chociaż to matma – westchnąłem i odsunąłem się lekko. – A ty nie
powinieneś być na próbie?
- Oj tam,
spóźnię się – zaśmiał się i chwycił za wisiorek. Kiedy byliśmy sami zwykle tak
dawał mi znać, żebym schylił się do pocałunku, jednak tym razem jedynie się
uśmiechał. – Chciałem sprawdzić jak ci poszło.
- Mogłem ci
napisać SMS’a – prychnąłem, jednak również się do niego uśmiechnąłem. – Ale to
miłe, że przyszedłeś. A teraz już leć... Musisz być gotów na sobotę.
- Wiem,
wiem. Odezwę się później – rzucił jeszcze i przejechał dłonią po mojej klatce
piersiowej, a następnie pognał biegiem w stronę klubu, w którym mieli grać
następnego dnia. Obejrzałem się za nim, a następnie wyjąłem telefon i go
uruchomiłem. Dostałem kilka sms’ów od Steviego i Hugh, którzy życzyli mi
powodzenia. Był tez jeden od Mikeya, z informacją że czeka na mnie w naszej
ulubionej kawiarni. Porozmawiałem jeszcze przez moment z ludźmi z mojej klasy,
a później dołączyłem do brata.
W sobotę rano obudził mnie telefon,
który znajdował się tuż obok mojej głowy, więc ta od razu rozbolała, gdy do
uszu dobiegł głośny dźwięk. Nie patrząc nawet kto dzwoni od razu odebrałem,
choć byłem niemal pewny kto się do mnie dobija.
- Tak,
Frankie? – mruknąłem od razu, przecierając dłonią oczy i przekręcając się na
plecy.
- Frankie?
– spytał zdziwionym głosem mój ojciec, a ja od razu się przebudziłem. – Kim
jest Frankie?
- To mój
przyjaciel – oznajmiłem już o wiele mniej przyjemnym głosem i usiadłem na
łóżku, dalej przecierając oczy, bo te bolały od panującej wokół jasności. – O
co chodzi?
-
Przyjaciel? Muszę go kiedyś poznać – zaśmiał się. Ta, na pewno was kiedyś
zapoznam. –Dzwonię żeby spytać jak poszły egzaminy.
- Myślę że
dobrze, ale wszystko się okaże jak dostanę wyniki... – odpowiedziałem, chcąc
jak najszybciej zakończyć tę rozmowę. Dopiero wtedy otworzyłem szerzej oczy i
aż podskoczyłem, gdy na krześle przy biurku zobaczyłem uśmiechniętego Franka.
Przyłożyłem dłoń do piersi, by się uspokoić, a następnie uśmiechnąłem się i
przywołałem go gestem ręki do siebie. – Coś jeszcze? Mam trochę rzeczy do
zrobienia...
- Właściwie
to nie. Chcę tylko przypomnieć że musisz się zjawić na przygotowaniach do
chrztu za jakiś czas. – No, to wyszło szydło z worka i oznajmiło czemu mój
ojczulek postanowił się odezwać.
- Dam znać
– rzuciłem tylko i znów się położyłem, przyciągając Franka mocniej do swojego
boku. – Cześć tato.
- Miłego
dnia, Gerardzie – powiedział jeszcze i się rozłączył. Żadnych pytań odnośnie
mamy, ani Mikeya, czegoż ja się spodziewałem?
- Dzień
dobry – mruknąłem do Franka, odkładając telefon i obejmując go także drugą
ręką.
- Nie wiem
czy taki dobry – burknął jedynie i uniósł się lekko, by mnie pocałować.
–Aczkolwiek to było dobre, jak pomyliłeś ojca ze mną.
- Myślałem,
że nie będziesz miał czasu żeby wpaść, więc dzwonisz. Cieszę się, że jednak
dałeś radę – uśmiechnąłem się i oddałem mocno pocałunek. – A dzień poza tym też
będzie dobry. Ba, będzie zajebisty!
- Masz być
w pierwszym rzędzie – szepnął, chowając twarz w mojej szyi, a ja zaśmiałem się
cicho.
- Jasna
sprawa. Z Mikeyem przepchamy się przez wszystkie wasze psycho-fanki.
Frankie
prychnął i wtulił się we mnie jeszcze mocniej. Nie dziwiłem się, że jest
zestresowany, jako że miało to być jego pierwsze publiczne wystąpienie. Mimo że
bardzo w niego wierzyłem też trochę obawiałem się, że coś może pójść nie tak.
Strasznie też chciałem zobaczyć go na scenie, jako że nie raz widziałem jak
odpływa w zupełnie inny świat gdy coś tworzy, więc pewnie koncertu to wrażenie
będzie jeszcze bardziej dogłębne.
Po
kilkunastu minutach zeszliśmy na dół, by napić się kawy i zjeść śniadanie wraz
z Mikeyem, jako że mama była w pracy. Później Frank musiał zbierać się na
ostateczną próbę, więc obaj daliśmy mu solidne kopniaki, a mój brat zmuszony
był ujrzeć nasz kolejny pocałunek.
Bardzo miło
przyjąłem to, że tym razem jedynie się skrzywił, a nie uciekł ode mnie i nie
odzywał się przez kilka miesięcy.
Do klubu
poszliśmy na godzinę przed czasem, chcąc jeszcze napić się piwa, ewentualnie
zgarnąć Franka, by jakoś go odstresować. Nie było nam to jednak dane, a jedyny
odzew, jaki przyszedł od mojego chłopaka to krótki sms.
‘Frankie: Zaraz puszczę pawia.’
‘Frankie,
spokojnie. Ludzie wyglądają na całkiem wyluzowanych. Na pewno was polubią.’
‘Frankie: Ta, jasne. Pchaj się już
lepiej przez te psycho-fanki.’
Zaśmiałem
się krótko i skinąłem do Mikeya, że faktycznie powinniśmy już podejść pod
scenę. Co prawda nie było tam żadnych psycho-fanek, jednak chciałem mieć
pewność, że będziemy w pierwszym rzędzie. Przed zespołem Franka miała zagrać
jeszcze jedna kapela, która rozpoczęła występ chwilę po tym, jak znaleźliśmy
sobie miejsce.
- Całkiem
nieźli! – krzyknął mi do ucha Mikey, a ja jedynie pokiwałem głową. Nawet nie
zwracałem na nich za bardzo uwagi, bo nie mogłem się doczekać występu Franka.
Na
szczęście nie przyszło mi długo czekać, jako że zespół zagrał jeszcze dwie
piosenki, a zaraz po tym na scenie pojawił się organizator i oznajmił, że zaraz
będzie grać Pencey Prep. Cały klub przywitał ich gorącymi oklaskami, a my z
Mikeyem dodatkowo krzyknęliśmy parę razy. Kiedy Frank wszedł na scenę od razu
szeroko się uśmiechnąłem, kiedy dostrzegłem że szuka nas wzrokiem. Po chwili na
nas trafił, a gdy nawiązaliśmy kontakt wzrokowy wymusił lekki uśmiech.
Widziałem jaki jest zestresowany, więc rozpocząłem kolejną falę oklasków.
To co
działo się później było już czymś niesamowitym. Przez cały koncert miałem
szeroko otwartą buzię, czasem dlatego, że krzyczałem, czasem śpiewałem wraz z
Frankiem, a czasem po prostu byłem nim tak zafascynowany. Już w momencie gdy po
raz pierwszy szarpnął struny swojej ukochanej gitary wyglądał tak pewnie, że
cały stres jakby go opuścił. Jego wokal był czysty, choć niekiedy zdarzały się
nikłe potknięcia, na co nikt nie zwracał uwagi. Reszta zespołu także dawała z
siebie wszystko, tworząc idealną otoczkę do śpiewu Franka. Nikt w klubie nie
był wstanie pozostać w miejscu aż do samego końca, który nastąpił aż po trzech
bisach. Kiedy Frank przedstawiał imiona członków zespołu oberwał biustonoszem w
głowę, na co zaśmiał się wesoło, ale i lekko zaczerwienił, gdy basista przyczepiał
mu go do szlufki w spodniach.
A ja nie
mogłem się już doczekać momentu, gdy go dopadnę. Byłem z niego cholernie dumny,
ale i nakręcony jak nigdy. Jego lekko ochrypnięty głos, spocone ciało i szeroki
uśmiech na twarzy sprawił, że po raz pierwszy chciałem z nim dojść na szczyt.
Podniecił mnie do tego stopnia, że gdy tylko zszedł ze sceny złapałem go mocno
za nadgarstek i pociągnąłem w stronę łazienki. Miałem gdzieś to, czy ktoś nas
zobaczy. Liczyło się tylko to, by być z nim w jako-tako prywatnym miejscu.
- Gee, co
robisz? – zaśmiał się brunet, gdy już weszliśmy do łazienki, która na szczęście
była pusta, jednak i tak zamknąłem nas w
jednej z kabin i przygwoździłem go do drzwi, całując zachłannie. Nawet nie
zdałem sobie sprawy kiedy wsunąłem dłonie pod jego koszulkę, ale gdy
podrażniłem palcem sutek Frank jęknął w moje usta i odepchnął się tak, żeby to
on trzymał mnie w potrzasku. Nasze pocałunki były niemalże agresywne, a i tak
nie uspokajały tej żądzy, którą czułem w środku. Iero chyba doskonale o tym
wiedział, bo przyłożył udo do mojego krocza i zaczął je szybko ocierać. Ja
postąpiłem identycznie i już po chwili obaj cicho pojękiwaliśmy między
pocałunkami. Sam nie wiedziałem co we mnie wstąpiło, gdy mocno wbijałem
paznokcie w jego skórę na plecach, czy gryzłem wargi. Czułem się jednak tak
bardzo... o cholera, napalony. Nie minęło więc dużo czasu gdy obaj z Frankiem
naparliśmy na siebie znacznie mocniej i doszliśmy jeden po drugim, całując się
przy tym namiętnie. To był nasz pierwszy wspólny orgazm, więc gdy już
oprzytomniałem poczułem się bardzo wyjątkowo. Przytuliłem Franka i pocałowałem
go, już nieco lżej.
- Byłeś
niesamowity – szepnąłem mu do ucha.
- Na
scenie, czy tutaj? – zaśmiał się i dopiero wtedy poczułem że lekko drży.
- Miałem na
myśli koncert, ale to też było nieziemskie – odparłem, odsuwając go delikatnie.
Wzięliśmy kilka głębokich oddechów, po czym rumieniąc się jeszcze bardziej
wytarliśmy spermę z członków, choć i tak pobrudziła materiał spodni. Nie było
tego jednak za bardzo widać z zewnątrz, więc już po paru minutach wyszliśmy z
łazienki i poszliśmy szukać Mikeya. Nie mogłem jednak przestać spoglądać na
Franka, cały czas przeżywając ten kolejny krok, który poczyniliśmy w naszym
związku.
Yay, rozdział! Uwierzcie, że z każdym napisanym cieszę się tak bardzo jak Wy (a przynajmniej mam nadzieję, że się cieszycie). Nie chcę znów przepraszać, ale ponownie zapewnię, że opowiadanie, choć w wolnym tempie będzie kontynuowane.
Rozdział dedykowany Kotkowi - masz pseudo-seksy napaleńcu. Możliwe, że to dzięki Tobie zjawiła się wena <3
Kolejną sprawą jest to, że wróciłam ostatnio do czytania, więc jeśli ktoś chce polecić mi swojego bloga to śmiało :)
Dziękuję Wam bardzo za to, że wciąż tu jesteście i mnie wspieracie.
xoxo,
Fun Ghoul.
wtorek, 10 listopada 2015
Rozdział 33
*Frank* poniedziałek,
marzec 1995
Siedziałem
w szkolnej ławce i przebierałem nogami, zerkając co chwila na telefon. Dziś był
wielki dzień. Niemalże ostateczny! Czas wielkiego pojednania, czas wybaczania.
Święta przyszły dość szybko w tym roku.
‘Gee: Nie, ja nie potrafię. Kurwa.’
Albo i nie...
Sytuacja między Wayami już nie
tyle smuciła, co wnerwiała wszystkich naokoło. Mikey ignorował Gerarda, ten w
końcu zaczął być zły, że brat nie może mu wybaczyć, ich mama wyrywała włosy z
głowy, a ja czułem się jak problem, jako że ode mnie to wszystko się zaczęło.
‘Gee, to się musi skończyć. Bądź
tam wcześniej, też przyjdę.’
Już tłumaczę. Dogadałem się z
Rayem, którego poznałem kilka dni po Sylwestrze na koncercie jego dziewczyny,
że coś musi być zrobione. Postanowiliśmy zorganizować spotkanie, nie
wtajemniczając chłopaków w jakim celu. Problem w tym, że mój Way szybko
przejrzał na oczy i próbował się
wykręcić.
‘Gee: Mikey na pewno będzie?’
‘Tak.’
- Iero! – wrzasnęła moja
nauczycielka, więc skinąłem lekko głową w ramach przeprosin, jednak nie schowałem
komórki, jako że ten idiota w każdej chwili mógł się nagle rozmyślić.
‘Gee: Trzy miesiące to
zdecydowanie za długo. Bądź wcześniej.’
‘Woah, jestem z ciebie dumny.
Będę.’
Napisałem jeszcze do Raya,
upewniając się, że sprowadzi Mikeya na miejsce. Na szczęście chociaż z nimi nie
było żadnych problemów. Najważniejsze zadanie leżało jednak po mojej stronie,
jako że to ja chciałem ich doprowadzić do rozejmu. Gdyby byli w stanie zrobić
to bez pomocy, to już dawno oglądałbym jak Gerard wesoło czochra brata po
włosach, a Mikey ogląda z nami horrory. Wiedziałem, że sprawa nie jest na tyle
krytyczna, by była bez wyjścia. Przeklinałem tylko, że tak późno wziąłem się do
roboty.
Był
styczeń, a my staliśmy pod klubem muzycznym, gdzie chwilę wcześniej odbył się koncert.
Było cholernie zimno, więc zaciągnąłem Gerarda w boczną uliczkę i mocno go
przytuliłem. Uśmiechnął się i zaczął mnie gładzić po plecach.
- Ale z ciebie zmarzluch –
zaśmiał się i przycisnął mnie mocniej do siebie, a ja zamruczałem z
przyjemności. – Zaraz musimy wracać, bo Ray wróci...
- Nie chcesz mu powiedzieć? –
spytałem niby luźno, odsuwając się lekko i patrząc na niego. Momentalnie
zbladł, choć wcześniej policzki miał rumiane po koncercie. – Musisz się nauczyć
mówić o nas ludziom, jeśli nie masz w planach mnie zostawić. A nie masz,
prawda? – zaśmiałem się i stanąłem na palcach, by dać mu krótkiego całusa.
- Oczywiście, że nie – odparł,
jednak dobrze widziałem, że intensywnie myśli.
Niby nie powinienem od niego tego
wymagać, jako że po tym jak Hugh wleciał do Kalifornii nie miałem już żadnego
kumpla, któremu musiałbym się przyznawać do związku z chłopakiem, ale nie
chciałem, by sytuacja z Mikeyem powtórzyła się z kimkolwiek innym, a z tego co
zdążyłem zauważyć Ray był dla Gee też bardzo ważny.
- Dasz radę – mruknąłem jeszcze i
złapałem go za rękę, po czym wyprowadziłem z zaułka. Okazało się, że Ray już na
nas czekał, więc puściłem Gee, jednak ten wciąż zaciskał palce na moich i
skinął na kumpla.
- Możemy się przejść?
- Jasne – odparł od razu szatyn i
byłem pewny, że kątem oka dostrzegł nasze dłonie, jednak nie skomentował. Było
już późno, więc ulice świeciły pustkami, jednak i tak szczerzyłem się jak
debil, że trzymałem się z Gee za rękę w miejscu publicznym. – To o co chodzi?
Trochę pizga.
- Chcę ci powiedzieć, dlaczego
Mikey jest na mnie zły – powiedział Gee i mocniej ścisnął moje palce, na co
odpowiedziałem tym samym. – Chodzi o Franka.
- Jest zazdrosny? – zaśmiał się
Ray i przeczesał dłonią swoje afro. – No wiesz, zawsze byliście tylko we dwójkę,
ja dołączyłem do was obu, nic dziwnego, że się wścieka, jak ktoś mu zabiera
brata...
- Frank jest moim chłopakiem –
oznajmił Gee, aż ja otworzyłem usta za zdziwienia. Nie sądziłem, że pójdzie mu
tak szybko i dość pewnie, choć pewnie chciał to po prostu mieć z głowy.
- Czekaj, co? – zdziwił się Ray i
zatrzymał się wpół kroku, patrząc to na mnie, to na Gee. – Jesteś gejem?
- Na to wygląda – westchnął
Gerard, a ja patrzyłem wyczekująco na chłopaka. Nie wyglądał na złego, tylko
był w szoku.
- Em, no wiesz... Nic nie mam,
czy coś, aleś mnie zdziwił – odparł po kilkunastu sekundach i podrapał się po
karku. – To ten... Gratulacje, czy coś.
- Dzięki – zaśmiałem się i
spojrzałem na swojego chłopaka. – Widzisz, nie było tak źle.
- No – prychnął i spojrzał z
uśmiechem na przyjaciela. – Dzięki stary.
- Ale... co ma do tego Mikey? –
spytał, wracając do sedna sprawy, a wyraz twarzy Gerard od razu się zmienił.
- Dowiedział się przypadkiem, a
nie tak jak ty – powiedziałem, wzdychając cicho. – Teraz ma żal do Gerarda, że
mu nie powiedział.
Miesiąc po tym Ray zatrzymał mnie
w szkole i powiedział, że coś trzeba z nimi zrobić, co przyjąłem lepiej niż
dobrze. Stwierdziliśmy, że spotkanie będzie najlepszym rozwiązaniem, tylko to,
co powiemy Mikeyowi zostało zrzucone na mnie. Ray nie był nawet związany z tą
sprawą, Gee nie wiedział już jak rozmawiać z bratem, więc zostałem ja.
Dzwonek w końcu się rozdzwonił, a
ja wyleciałem z klasy jako pierwszy, jeszcze na dworze zapinając kurtkę. Do
przyjazdu Mikeya mieliśmy jeszcze godzinę, ale przed tym chciałem naładować
Gerarda pozytywną energią przed tym spotkaniem. Sam nie wiedziałem jak to
możliwe, że chłopak, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie widział sensu
życie poza swoją gitarą i upijał się przy każdej możliwej okazji stał się kimś,
kto potrafi kogoś pocieszyć i radzi sobie w szkole. Powód był oczywiście
jeden, unikalny, siedzący na materacu na strychu i czekający na mnie.
- Wyglądasz tak samo, jak wtedy
przed świętami – rzuciłem i odłożyłem torbę na ziemię, po czym podszedłem do
niego i ukucnąłem.
- Teraz gnębią mnie trochę inne
myśli – prychnął i poczochrał mnie po włosach,
a ja wstałem i władowałem mu się na kolana.
- O czym wtedy myślałeś?
- O tym, czy odwiedzałbyś mój
grób, jakbym zginął.
Pobladłem momentalnie i
otworzyłem szerzej oczy. Nigdy nie pytałem go, co się wtedy działo w jego
głowie, jednak najwyraźniej nie było zbyt kolorowo.
- Zabraniam ci myśleć o takich
rzeczach, Gerardzie Way – burknąłem, a on uśmiechnął się i mnie pocałował. Mocno
i czule, jakby dziękował, że z nim jestem. – Zrozumiano?
- Tak – mruknął i oparł czoło o
mój tors, oddychając głęboko. Pocałowałem go w czubek głowy i objąłem mocno. –
Jak myślisz, co powie?
- Mam nadzieję, że w końcu ci
wybaczy – odparłem i popchnąłem go lekko, byśmy mogli się położyć. – W końcu
czas najwyższy. Już swoje wycierpiałeś.
- Zobaczymy – westchnął bez
przekonania i zaczął się bawić moimi palcami.
Czas zbliżał się nieubłaganie, a
ja sam zacząłem się stresować. Jakby nie patrzeć też chciałem odzyskać
przyjaciela, więc modliłem się, by wszystko poszło dobrze. Kiedy usłyszeliśmy,
że ktoś wchodzi do budynku na dole obaj stanęliśmy i czekaliśmy na chłopaków.
- Czemu mnie tu zabrałeś, Ray? –
spytał Mikey, gdy już wchodzili do góry po schodach.
- Zaraz zobaczysz – odpowiedział
starszy.
Gdy tylko Mikey nas zobaczył
chciał zawrócić, jednak Ray zastawił mu drogę. Już wtedy wiedziałem, że to
będzie ciężkie, jednak nie miałem zamiaru się poddać. Wystąpiłem do przodu i
podszedłem do Mikeya.
- Mikey, chcemy porozmawiać...
- Nie mamy o czym rozmawiać –
burknął.
- Jak to, kurwa, nie? – buchnął
Gerard, aż sam spojrzałem na niego ze zdziwieniem. – Mikey, cholera jesteśmy
braćmi.
- No właśnie! – wydarł się
młodszy Way i wyminął mnie, po czym pchnął Gerarda. Już chciałem się
wtrącić, jednak Ray przytrzymał mnie za ramię.
- Ile razy mam cię przepraszać? –
rzucił Gerard, nie oddając ani jednego ciosu.
- Nie ufasz mi!
- Ufam ci najbardziej na świecie, idioto – prychnął Gee i złapał go w końcu za nadgarstki. – Nie masz pojęcia ile
razy próbowałem ci powiedzieć.
- Ale nie powiedziałeś! –
wrzasnął i spróbował się wyrwać, jednak Gerard był znacznie silniejszy.
- Wstydziłem się. Bałem, że mnie
odrzucisz, co właśnie się stało...
- Nie odrzuciłem cię, bo jesteś z
Frankiem – rzucił i opuścił ręce. – Właściwie, to się cieszę.
- Co? – spytaliśmy razem z
Gerardem w tym samym czasie, a Mikey wyszarpnął w końcu ręce i spojrzał na
Gerarda.
- Jak mogłeś pomyśleć, że bym cię
przez to odrzucił, Gerry – powiedział cicho, po raz pierwszy od trzech miesięcy
mówiąc do niego zdrobniale. Uznałem że to bardzo dobry znak, a jeszcze lepszym
było to, że Gerard po chwili go objął, a Mikey nie uciekał.
- Przepraszam Mikey – szepnął i
przycisnął go mocno do siebie, chowając twarz w jego włosach. Chłopak uniósł
niepewnie ramiona i również objął nimi brata.
- No nareszcie! – krzyknął Ray,
klaszcząc w dłonie, a ja wyszczerzyłem się jak idiota. Wayowie odsunęli się od
siebie z nikłymi uśmiechami i obaj spojrzeli
na mnie, przez co poczułem się nieręcznie.
- Ja też przepraszam, Mikey –
powiedziałem, podchodząc do nich i wyciągając ku niemu rękę, którą chłopak po
chwili ścisnął.
- Nie masz za co. Gerard jest
przy tobie lepszy – odparł, a ja zaczerwieniłem się jak cegła i spuściłem
głowę. Brunet poczochrał brata po włosach, po czym objął mnie, bym mógł schować
twarz w jego szyi. – Ale nie miziajcie się już przy mnie – dodał jeszcze Mikey,
na co wszyscy się roześmialiśmy.
-
Miał rację? – spytałem Gee, kiedy już byliśmy w moim pokoju i oglądaliśmy film.
- Hm? Kto i kiedy?
- Mikey. Jesteś przy mnie lepszy?
- Na to wygląda – szepnął i
pocałował mnie w skroń, a ja przymknąłem oczy i zacisnąłem mocniej palce na
jego koszulce.
- O sobie myślałem dziś dokładnie
to samo – wyznałem cicho, a Gerard przytulił mnie mocno i nic już nie
powiedział, tylko po chwili pocałował mnie w usta. Najpierw dość delikatnie,
jednak później nabrał pewności i mocy. Ta pieszczota trwałaby i kilka godzin,
jako że ułożyłem się na nim i z zafascynowaniem bawiłem się jego językiem,
gdyby nie wymowne chrząknięcie, które nam przerwało.
- Gerard twoja mama dzwoniła, że
jesteś potrzebny w domu –oznajmiła, po czym szybko wyszła z pokoju. Spojrzałem
na swojego chłopaka i zaśmiałem się głośno, widząc jak jego twarz przybrała
koloru pomidora. Sam też nie byłem lepszy, ale nie na co dzień można było
zobaczyć Waya w takim stanie.
- Nie przyzwyczaję się do tego –
burknął i przetarł twarz dłońmi.
- Masz całe życie na
przyzwyczajenie się – zaśmiałem się i pocałowałem go w policzek, po czym
wstałem z łóżka i zacząłem szukać płyty, którą obiecałem mu pożyczyć. Gerard
zwlókł się z materaca i objął mnie od tyłu.
- Dziękuję za dzisiaj, Frankie –
mruknął mi do ucha, a ja wsadziłem w jego dłoń płytę.
- Nie ma sprawy. Też się cieszę,
że już po wszystkim.
Jakieś pięć minut później
obserwowałem go przez okno, jak przechodzi przez ulicę i wchodzi do swojego
domu, jeszcze do mnie machając.
To był naprawdę dobry dzień.
Wayowie w końcu się pogodzili, a co za tym szło Gerard częściej się uśmiechał i
w końcu był spokojny. Z radością złapałem za swoją ukochaną gitarę i zacząłem
luźno pociągać za struny. Wena zawsze przychodziła, gdy byłem albo w tragicznym
nastroju, albo w wesołym, tak jak wtedy. Nie zauważyłem nawet kiedy zacząłem
coś nucić pod nosem, a następnie powoli ubierałem ten bełkot w słowa. Myślałem
o wszystkim; od szkoły, aż po Gerarda, a co za nim szło o całym tym czasie,
podczas którego diametralnie się zmieniłem. Absolutnie mi to nie przeszkadzało.
Kiedy postanowiłem spisać te
słowa na papier, by jak to zwykle bywa z moimi tekstami, ten też nie został
zapomniany po pięciu minutach rozdzwonił się mój telefon, który pokrzyżował te
plany.
-Neil? – zdziwiłem się, widząc
nazwę kontaktu na wyświetlaczu. Po chwili odebrałem z niepewnym ‘halo?’.
- Frank, stary kurduplu! – przywitał
się wesoło, a ja potrzebowałem chwili, by chociażby na nowo przyzwyczaić się do
jego głosu.
- Siema wielkoludzie, kopę lat –
odparłem i usiadłem na łóżku. – Co tam?
- A spoko, po staremu – zaśmiał się.
– Grasz może jeszcze na gitarze?
- Ta... Właściwie to właśnie mi w
tym przeszkodziłeś – prychnąłem i przygryzłem lekko wargę. Takie pytania zwykle
niosły za sobą coś więcej.
- Haha, to dobrze się składa.
Słuchaj, z kilkoma kumplami chcemy coś pograć, byłbyś zainteresowany?
- Jasne! – odparłem od razu i
uśmiechnąłem się szeroko. Już od bardzo dawna nie grałem z kimś, a to zawsze
było niesamowite uczucie.
- To super. Szykuj swoją panienkę
i widzimy się jutro wieczorem u mnie. Pamiętasz gdzie mieszkam?
- Taa, chyba trafię – mruknąłem i
zacząłem przebierać nogami. – To do jutra.
- Do jutra!
Rozłączyłem się i opadłem na
łóżko, unosząc ręce do góry w zwycięskim geście. Kto by pomyślał, że ten dzień
okaże się jeszcze lepszy!
- Ostatnio postanowiłam zmartwychwstać mojego bloga na Dreamers Play. Niestety wena do opowiadania dalej nie wróciła, ale niedługo ukaże się tam tłumaczenie shota z Durarary. Ogólnie będę tam wstawiać swoje teksty powiązane z anime, jako że tego bloga chcę pozostawić jedynie na MCR. Wszystkie shoty z 'Innych fandomów' tam trafią i zostaną usunięte z tego bloga. Możliwe, że będę tam też wstawiać różne aktualki, jako że rozmnożyło mi się blogów i fajnie by było to ogarnąć, więc wszystkich zapraszam do follow'ania :)
- Jeśli już o rozmnażaniu blogów mowa - ostatnio powstał nowy z RP, tym razem pisany z Nessie, głównie w Kuroko no Basket, jednak rokowania wskazują, że da się namowić na Frerarda, więc również zapraszam na Puke a Rainbow.
xoxo,
Fun Ghoul.

sobota, 11 lipca 2015
Rozdział 32
*Gerard*
sobota/niedziela, luty 1995
Dni były cholernie
podłe. Nie dość, że temperatura na dworze jeszcze bardziej się
ochłodziła, to i w domu czułem się tak, jakby ktoś zamrażał moje ciało. Tym
‘kimś’ był oczywiście mój własny brat, który w dalszym ciągu patrzył na mnie
nie tyle z odrazą, co z zawodem. Starałem się jak tylko mogłem, by mi wybaczył.
Nosiłem mu rano kawę do pokoju, gdzie dopiero po jakimś czasie zaczął mnie w
ogóle wpuszczać, sprzątałem po nim, a czasem nawet odrabiałem za niego lekcje.
Za to wszystko porozmawiał ze mną... Tylko raz, w ciągu całego miesiąca, co i
tak zbyt wiele nie dało.
Czułem jak go tracę. Nie
wiedziałem, co działo się na jego lekcjach, ani gdzie wybierał się po nich.
Wspólne oglądanie horrorów odeszło w niepamięć, a braterskie wygłupy poszły
jeszcze dalej. Starałem się mu to wyjaśnić. Mówiłem do zamkniętych drzwi,
pisałem nawet listy, lecz to nic nie dawało. Kiedy w końcu mnie do siebie
dopuścił, powiedział jedynie, że go zawiodłem, po czym wyrzucił z pokoju.
Jakby Mikey’a było mało,
to dołożył się jeszcze ojciec.
Dopiero kilka dni po
Sylwestrze ogarnąłem komórkę i sms’y, które przyszły o północy. Dzwonił do mnie
i napisał dwie wiadomości, a to znacznie kłóciło się z tym, że chciałem zerwać
z nim kontakt, co robiłem to głównie dla Mikey’a, który teraz pewnie wolałby,
abym się wyprowadził.
Nie chciałem być tym
złym chociaż w tej sytuacji, więc oddzwoniłem do niego, by dowiedzieć się, że
będzie miał kolejne dziecko, a mnie prosi na chrzestnego, bo ładnie wyjdę na
zdjęciach z jego przybraną córką. Chciałem odmówić, gdy tylko to powiedział,
lecz nie miał czasu i musiał gdzieś lecieć. Jak zwykle.
Ojciec nigdy nie
interesował się Mikey’em. Zupełnie jakby z pierwszego małżeństwa miał tylko
jednego syna, którego w wieku 10 lat zaczął zabierać na noc z domu, gdy tylko
jego młodszy brat zasnął. Nie odpowiadał, gdy pytałem dlaczego Mikey z nami nie
jedzie. Raz w tygodniu brał mnie do siebie, z początku za zgodą mamy, a później
na siłę, aż w końcu zacząłem sam do niego jeździć, by oszczędzić mamie
nerwów.
Mieszkał w pobliskim
mieście, do którego jechało się autobusem przez niecałe dwie godziny, a ja,
chodząc jeszcze do gimnazjum pokonywałem tę trasę co tydzień, zarywając noce i
wymykając się z domu. Dopiero, gdy byłem w liceum zorientowałem się, że nie
jest on normalnym człowiekiem i znacznie ograniczyłem nasze spotkania, a
ostatnio nawet całkowicie ich zaprzestałem. Wydawało mi się, że po prostu przyjął
to do wiadomości, lecz musiał zadzwonić i złożyć mi tę propozycję, którą nie
wiem dlaczego, ale zacząłem rozważać.
Na szczęście był jeszcze
Frank, który właśnie świecił latarką w moje okno, dając mi znać, że mogę już
wyjść.
Zabrałem kilka potrzebnych
rzeczy, choć większość z nich miałem już u niego w domu. Była sobota, więc
szedłem do niego na noc, a na wiadomość o tym Mikey oczywiście posłał mi ponure
spojrzenie, jakby tylko na każdym kroku chciał mi przypomnieć, że go
zraniłem.
Pożegnałem się szybko z
mamą, która życzyła mi miłej nocy, po czym udałem się prosto do domu Franka.
Oglądając się za siebie dostrzegłem, że Mikey obserwuje nas przez okno w moim
pokoju. Dlaczego to robił? Zupełnie jakby chciał, bym na każdym kroku czuł
ciężar tego, co mu zrobiłem, a na dodatek katował sam siebie, patrząc na to,
jak dalej to robię.
Otworzył mi Frank, a
jego uśmiech sprawił, że od razu zrobiło mi się lepiej. Od razu zbliżył się do
mnie i stawał na palcach, by dosięgnąć mych ust, lecz nie dałem mu się i wszedłem
do środka, po czym zamknąłem za sobą drzwi.
- Mikey patrzył –
wyjaśniłem, widząc jego zdziwioną minę.
- Cholera – westchnął
bezradnie, po czym mnie przytulił.
- Frank, co to za
słownictwo! – krzyknęła jego mama z kuchni, wychylając głowę na korytarz.
- Dobry wieczór pani –
przywitałem się.
- Cześć Gerard –
odpowiedziała, uśmiechając się tak samo jak Frank. Cieszyłem się, że to po niej
odziedziczył.
Odebraliśmy od niej
talerz pełen kanapek oraz dwa kubki z herbatą, po czym skierowaliśmy się do
pokoju. Kiedy odłożyliśmy wszystko na stolik podszedłem do Franka i mocno się
do niego przytuliłem, a po chwili lekko pocałowałem. Był jedyną osobą, która
wiedziała dokładnie co się dzieje. Tylko jemu mogłem powiedzieć wszystko, a on
mnie nie osądzał. Po prostu podchodził, przytulał mnie, mówił, że wszystko
będzie dobrze, a ja starałem się w to ślepo wierzyć.
Pozwolił mi przewodzić w
pocałunku. Badałem językiem całą jego buzię, choć zdążyłem ją już dobrze
poznać. Za każdym razem jednak towarzyszyło temu niesamowite uczucie, jakby
każde z naszych zbliżeń było tym pierwszym. Kiedy był tak blisko, cały świat
zdawał się nie istnieć. Były tylko jego usta, ciało, zachowanie i umysł.
- Przygotowałem duuużo
filmów – mruknął i zaśmiał się cicho.
- To dobrze – odparłem,
gładząc go po włosach.
Ułożyliśmy się wygodnie.
Ja bezpośrednio na łóżku, a Frankie na mnie tak, bym mógł go objąć. Filmy
leciały jeden po drugim, lecz i tak nie mogłem się na nich skupić. Cały czas
myślałem o tym, jak fajnie by było, gdyby Mikey je z nami oglądał, choć nie
widziałem nawet cienia szansy, by to się kiedyś stało. Nie powiedziałbym
jednak, że Frankie mi nie wystarczał. Co jakiś czas podnosił się, byśmy mogli
się pocałować i za wszelką cenę starał się mnie rozśmieszyć, rzucając jakimiś
głupimi żartami do filmów, lub zwyczajnie łaskocząc. Kiedy jednak zasnął, znów
zostałem sam ze wszystkimi tymi myślami, których nie chciałem mieć, lecz sam je
do siebie sprowadziłem.
Wystarczyłoby tylko
przyznać się do tego wcześniej.
Mikey nie wyglądał tak,
jakby to fakt, że jestem gejem mu przeszkadzał. Nie brzydził się nami, a z
Frankiem nawet czasem porozmawiał, jednak gdy tylko temat schodził na mnie od
razu odchodził. Nie wiem, czy to nie było jeszcze gorsze, bo przecież gdyby
miał zrazę do homoseksualistów, mógłbym go jakoś przekonać, że to nic złego, a
tak wyrzuty kierował tylko na mnie i choć dobrze wiedziałem, że zasłużyłem, to
było mi z tym źle.
Frankie mruknął przez
sen i zsunął się ze mnie, lecz dalej przytulał. Uśmiechał się, a to znaczyło,
że śni mu się coś dobrego. Położyłem się naprzeciwko, umiejscawiając dłoń na
jego policzku i lekko go pocierając, tak żeby się nie obudził.
Cieszyłem się, że go
mam, nawet jeśli to przez to Mikey był na mnie wściekły.
Kiedy obudziłem się rano
mojego chłopaka nie było już w łóżku, a w nozdrza uderzył mnie przyjemny zapach
kawy stojącej na stoliku. Usiadłem i od razu chwyciłem kubek w dłonie, z
radością stwierdzając, że napój wciąż jest ciepły. Wstałem z łóżka i podszedłem
do okna. Pogoda, jak na luty, wyglądała na bardzo przyjemną. Słońce świeciło, a
jego promienie odbijały się od śniegu i raziły po oczach. Spojrzałem na swój
dom, widząc jak Mikey krąży po swoim pokoju, najwyraźniej się gdzieś szykując.
Posmutniałem, lecz tylko na chwilę, bo usłyszałem jak ktoś wchodzi do pokoju, a
już po kilku krokach zorientowałem się, że zmierza do mnie jego
właściciel.
- Dzień dobry, Gee-
powiedział wesoło i przytulił mnie od tyłu, po czym pocałował w kark. Nie wiem
dlaczego, ale jakoś lubił tamto miejsce.
- Dzień dobry, Frankie –
odpowiedziałem, odkładając kawę na biurko i odwracając się do niego.
- Mam dla ciebie
niespodziankę – oznajmił, uśmiechając się szeroko. Zauważyłem, że jest już
ubrany, a jego włosy pachniały szamponem po myciu.
- Jaką? – zarzuciłem mu
ramiona na szyję i zacząłem bawić się jego włosami.
- Zobaczysz – zaśmiał
się. – Ale musisz skończyć do domu po cieplejsze ciuchy.
-Frankie, nie mam ochoty
nigdzie wychodzić... – zacząłem, lecz chłopak od razu mnie pocałował, bym nie
mógł skończyć.
-Nie obchodzi mnie to –
zachichotał, co było dość urocze, więc nie mogłem się już spierać.
Niecałą godzinę później
czekał na mnie ze swoją mamą przy ich samochodzie na podjeździe. Zabrałem
wszystko co było mi potrzebne i razem wyruszyliśmy w podróż, a ja musiałem
przyznać, że czuję ekscytację na tę niespodziankę.
- Twoja mama nie miała
nic przeciwko? – spytała mnie pani Iero, patrząc w lusterku wstecznym na moją
twarz.
- Jak się dowiedziała,
że jadę z panią to się zgodziła – odparłem. Kolejny powód do radości z tego, że
nasze mamy się dogadywały. Szkoda, że całe nasze rodziny nie mogły się
pojednać...
Mimo że nie przepadałem
zbytnio za zimą, krajobraz za oknem malował się naprawdę bajecznie.
Wyjeżdżaliśmy z Newark, a okolica zaczynała dziczeć. Wszystko tu wyglądało tak
nieskazitelnie czysto i tak jakby...łatwo. W końcu wyjąłem z torby szkicownik i
zacząłem w nim coś przypadkowo kreślić. Udało mi się na chwilę totalnie
wyłączyć, co mój umysł przyjął z dużą aprobatą. Uwielbiałem przedstawiać idealnie
białe elementy czarnym kolorem na papierze. Zupełnie jakbym miał negatyw w
oczach, a czasem naprawdę chciałbym taki mieć.
Poczułem rękę na
kolanie, więc spojrzałem przelotnie na Franka, choć kiedy wyobraziłem go sobie
z białymi włosami nie mogłem powstrzymać śmiechu.
- Co jest? Tak też masz
łaskotki? – prychnął i poruszał palcami.
- N-nie – odparłem,
zasłaniając buzię ręką. – Nie farbuj się na biało, Frankie – dodałem, po czym
roześmiałem się już na całego.
Zarówno brunet, jak i
jego mama spojrzeli na mnie ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy, jednak
postanowili nie komentować, a ja, jak ten głupi, śmiałem się na cały samochód,
aż w końcu otarłem łzę z kącika oka i zacisnąłem palce na ręce Franka. Lubiłem
w nim to, że nie drążył tematu, kiedy było widać, że nie jestem w stanie mu
czegoś wytłumaczyć, a sprawiało mi to radość.
- Zaraz będziemy –
oznajmiła pani Iero, a ja zacząłem z jeszcze większym podekscytowaniem wyglądać
za okno, jednak widok nie wykraczał poza wszechogarniający śnieg. Schowałem
szkicownik i ołówki do torby, po czym czekałem aż dojedziemy.
Po kilku minutach
wjechaliśmy na jakieś podwórko. Nie było na nim niczego, na czym mogłem
zawiesić oko, więc spojrzałem tylko na Franka, a ten uśmiechał się do mnie
czarująco. Nie zdążyliśmy nawet wysiąść z samochodu, a ja już się cieszyłem, że
gdzieś mnie wyciągnął, z dala od problemu i ogólnie rzecz biorąc
rzeczywistości.
- Zaraz poznasz moją
babcię – poinformował mnie Frank, a ja poczułem się jakoś dziwnie spięty.
Domyślałem się, że raczej będziemy ukrywać przed nią nasz związek, ale i tak
chciałem dobrze wypaść w jej oczach.
Okazała się być niską
kobietą w dość pokaźnym wieku. Nie była jednak tak stara jak chociażby moja
własna babcia, Elena. Wnętrze jej domu było urządzone w dość starym stylu, ale
miało swój klimat. Po wejściu trafiało się od razu do kuchni, która była na
tyle przestronna by pomieścić piec kaflowy, długi stół z sześcioma krzesłami
oraz kilka szafek. Kiedy właścicielka wyściskała już swoją córkę i wnuka, ten
zaprowadził ją do mnie i uśmiechnął się szeroko.
- Babciu, to jest
Gerard, mój najlepszy przyjaciel – przedstawił mnie chłopak, a ja wyciągnąłem
dłoń do kobiety.
- Miło mi panią
poznać... – zacząłem, lecz wtedy babcia Franka przytuliła mnie mocno do
siebie.
- Przyjaciele mojego
wnuka są tu zawsze mile widziani! – oznajmiła głośno, śmiejąc się przy
tym.
Pani Iero zrobiła
każdemu z nas po herbacie, a dodatkowo na stole znalazło się ciasto drożdżowe,
na którego widok aż zaświeciły mi się oczy. Niemalże w pięć minut pożarliśmy z
Frankiem połowę kawałków.
- Chodź, coś ci pokażę –
szepnął mi do ucha i wstał od stołu, a ja podążyłem za nim na zewnątrz.
Przeszliśmy na tyły
budynku, a tam roztaczał się widok na ogromną pustą przestrzeń, która cała
pokryta była nieskazitelnie białym śniegiem. Frank złapał mnie za rękę i
zaprowadził do jednego z drzew. Dopiero kiedy staliśmy tuż pod nim zauważyłem,
że znajduje się tam drewniany domek.
- Nie boisz się? –
spytał mój chłopak, uśmiechając się w ten łobuzerski sposób, który
uwielbiałem.
- Chyba śnisz –
odpowiedziałem i już po chwili wspinaliśmy się do góry po specjalnej
drabince.
W środku nie było
niczego poza długą ławeczką, z której można było spoglądać na pole. Usiedliśmy
na niej z Frankiem blisko siebie, by było nam całkiem ciepło.
- Jak byłem mały i
pokłóciłem się z rodzicami to zawsze tu przyłaziłem - opowiedział mi
Frank, a ja uśmiechnąłem się na samo wyobrażenie jego jako małego brzdąca. –
Kiedyś nawet wtargałem tu gitarę i koczowałem przez cały dzień – dodał i
spojrzał na mnie, a następnie położył mi swoją zimną dłoń na policzku i
pocałował lekko w usta.
- Dowiaduję się o tobie
coraz więcej – zaśmiałem się i oparłem czoło o jego.
- Cieszy mnie to –
szepnął i przymknął oczy, jakby zupełnie tak jak ja po prostu chciał się po
napawać tą chwilą spokoju.
Tak, to ja, zła niedobra Fun Ghoul.xd
Ogłaszam Wam to z ogromnym smutkiem, ale wena na to opowiadanie niemalże w całości ze mnie wyparowała, dlatego nie mogę obiecać, że kolejny rozdział pojawi się jakoś magicznie szybciej. Zapewniam jednak, że w żadnym wypadku nie mam w planach porzucać Destroyi, jako że nienawidzę pozostawiać niedokończonych spraw.
Rozdział ten chciałabym zadedykować Nancy Grant, jako że to jej 'znicz' pod ostatnią minaturką dał mi największego kopa :D, a jednocześnie to, że mój Kotek Jebotek znajduje się z dala od internetu.;=;
Chciałabym Was też poinformować, że niedawno ruszyłam z nowym fanfiction do anime Kuroko no Basket. Znajduje się ono w zupełnie innym AU, więc kto nie oglądał z łatwością się połapie, a ci, którzy mają to w planach nie zdobędą żadnych spoilerów :)
Zapraszam serdecznie - One Step Closer
Ode mnie to już chyba tyle. Bardzo dziękuję wszystkich, którzy wiąż są ze mną i tym blogiem. Dajecie nie tyle nawet siłę do pisania, co nawet do życia.
xoxo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

